Usługi

Bezpłatne szkolenia i konferencje F-Trust

Prowadzimy szkolenia zarówno dla początkujących jak i zaawansowanych inwestorów.

zapisz się >

Cała wiedza na temat funduszy w jednym miejscu

Inwestowanie to proces, który wymaga cyklicznej pracy, w F-Trust analizujemy fundusze zaczynając od podejścia makro, a kończąc na doborze funduszy do portfela inwestycyjnego.

cały proces >

Cała wiedza na temat funduszy w jednym miejscu

Inwestowanie to proces, który wymaga cyklicznej pracy, w F-Trust analizujemy fundusze zaczynając od podejścia makro, a kończąc na doborze funduszy do portfela inwestycyjnego.

cały proces >
Produkty

IKE/IKZE

Najbardziej efektywne oszczędzanie na emeryturę,porównaj nasze produkty IKE i IKZE.

IKE i IKZE >

Usługa Zarządzania Portfelem

Możliwość inwestowania zgodnie ze strategią inwestycyjną uszytą na miarę.

Zarządzanie portfelem >

Szybkie wyszukiwanie funduszy:

Jak inwestować w F-trust?

PRZEZ INTERNET na naszej Platformie Funduszy - jedynym takim narzędziu w Polsce

więcej >

NA SPOTKANIU Z DORADCĄ Dojedziemy we wskazane miejsce w całej Polsce, spotkanie jest zawsze bezpłatne.

więcej >

W PLACÓWCE F-TRUST Przyjdź i porozmawiaj o inwestowaniu w miłej atmosferze.

więcej >

Wszystkie produkty nabyte na spotkaniu z naszymi doradcami będą dla Ciebie widoczne na Twojej Platformie Funduszy.

więcej >
Analizy

Cała wiedza na temat funduszy w jednym miejscu

Inwestowanie to proces, który wymaga cyklicznej pracy, w F-Trust analizujemy fundusze zaczynając od podejścia makro, a kończąc na doborze funduszy do portfela inwestycyjnego. Każdy etap naszej pracy powtarzamy w stałych terminach – tak aby klienci mogli wspólnie z nami analizować swoje inwestycje.

Etapy procesu:

F-Trust - barometr gospodarczy Barometr gospodarczy (7-9 dzień każdego miesiąca) F-Trust - raport Raport miesięczny (14-16 dzień każdego miesiąca) F-Trust - modele inwestycyjne ikona Modele inwestycyjne (23-25 dzień każdego miesiąca) F-Trust - ranking fudnuszy ikona Ranking funduszy (3-5 dzień każdego miesiąca) Pokaż cały proces >

Zespół analityczny

Zespół Analityczny F-Trust

Poznaj poglądy ludzi, którzy pomagają klientom F-Trust podejmować decyzje inwestycyjne i w ten sposób zarabiać.

Poznaj nas >
Narzędzia

Inwestuj przez internet w łatwy sposób (masz do wybory ponad 1000 polskich oraz zagranicznych funduszy inwestycyjnych).

Dodatkowo dzięki Platformie zyskasz dostęp do portfeli modelowych, materiałów edukacyjnych oraz portfela treningowego.


Platforma Funduszy >

Wyszukiwarka funduszy

Skorzystaj z zaawansowanej wyszukiwarki, która w łatwy sposób pozwala odnaleźć się w naszej ofercie ponad 1000 polskich oraz zagranicznych funduszy inwestycyjnych.

Wyszukiwarka funduszy >

Kalkulator stopy zwrotu

Stopy zwrotu ponad 1000 funduszy polskich i zagranicznych w jednym miejscu.

Notowania funduszy >

Bezpłatne szkolenia i konferencje F-Trust

Prowadzimy szkolenia zarówno dla początkujących jak i zaawansowanych inwestorów.

zapisz się >

Cała wiedza na temat funduszy w jednym miejscu

Inwestowanie to proces, który wymaga cyklicznej pracy, w F-Trust analizujemy fundusze zaczynając od podejścia makro, a kończąc na doborze funduszy do portfela inwestycyjnego.

cały proces >

Cała wiedza na temat funduszy w jednym miejscu

Inwestowanie to proces, który wymaga cyklicznej pracy, w F-Trust analizujemy fundusze zaczynając od podejścia makro, a kończąc na doborze funduszy do portfela inwestycyjnego.

cały proces >

ikona Fundusze inwestycyjne

Ponad 1000 funduszy polskich i zagranicznych, dostęp do wszelkich rynków połączony z płynnością, bezpieczeństwem i elastycznością.

Fundusze inwestycyjne >

ikona IKE/IKZE

Najbardziej efektywne oszczędzanie na emeryturę. Sprawdź naszą ofertę.

IKE i IKZE >

ikona Usługa Zarządzania Portfelem

Rozwiązania szyte na miarę dostępne od 1MLN zł. Pełnimy funkcję agenta firmy inwestycyjnej Caspar Asset Management S.A.

Zarządzanie portfelem >

Jak inwestować w F-Trust?

ikona W PLACÓWCE F-TRUST Przyjdź i porozmawiaj o inwestowaniu w miłej atmosferze.

Znajdź placówkę >

ikona PRZEZ INTERNET na naszej Platformie Funduszy

Otwórz konto na Platformie >

ikona NA SPOTKANIU Z DORADCĄ Dojedziemy we wskazane miejsce w całej Polsce.

Umów się na spotkanie >

Wszystkie produkty nabyte na spotkaniu z naszymi doradcami będą dla Ciebie widoczne na Platformie Funduszy.

więcej >

Cała wiedza na temat funduszy w jednym miejscu

Inwestowanie to proces, który wymaga cyklicznej pracy, w F-Trust analizujemy fundusze zaczynając od podejścia makro, a kończąc na doborze funduszy do portfela inwestycyjnego.

Etapy procesu:

F-Trust - barometr gospodarczy Barometr gospodarczy (7-9 dzień każdego miesiąca) F-Trust - raport Raport miesięczny (14-16 dzień każdego miesiąca) F-Trust - modele inwestycyjne ikona Modele inwestycyjne (23-25 dzień każdego miesiąca) F-Trust - ranking fudnuszy ikona Ranking funduszy (3-5 dzień każdego miesiąca) Pokaż cały proces >

Zespół analityczny

Poznaj poglądy ludzi, którzy pomagają klientom F-Trust podejmować decyzje inwestycyjne i w ten sposób zarabiać.

Poznaj nas >

Platforma Funduszy Inwestycyjnych

Platforma FunduszyInwestuj przez internet w łatwy sposób (masz do wybory ponad 1000 polskich oraz zagranicznych funduszy inwestycyjnych).

Dodatkowo dzięki Platformie zyskasz dostęp do portfeli modelowych, materiałów edukacyjnych oraz portfela treningowego.


Platforma Funduszy >

Wyszukiwarka funduszy

Wyszukiwarka funduszy inwesycyjnych Skorzystaj z zaawansowanej wyszukiwarki, która w łatwy sposób pozwala odnaleźć się w naszej ofercie ponad 1000 polskich oraz zagranicznych funduszy inwestycyjnych.

Wyszukiwarka funduszy >

Kalkulator stopy zwrotu

Stopy zwrotu funduszy inwestycyjnych Stopy zwrotu ponad 1000 funduszy polskich i zagranicznych w jednym miejscu.

Notowania funduszy >

Ring Caspara: Przyszłością jest energetyka atomowa

Z Błażejem Bogdziewiczem, dyrektorem inwestycyjnym Grupy Caspar i Andrzejem Taborem, prezesem spółek Heraclon International, który pracował w kanadyjskiej elektrowni atomowej Pickering należącej do Ontario Hydro, o energetycznym świętym Graalu, miniaturyzacji elektrowni atomowych i możliwości inwestowania w tę branżę rozmawia Piotr Gajdziński.


– Pan Andrzej Tabor pracował w kanadyjskiej elektrowni atomowej w Pickering, Ontario jako Inspektor ds. Bezpieczeństwa. Dlatego zapytam, czy energetyka jądrowa jest obecnie dla świata świętym Graalem?

Andrzej Tabor: – Moim zdaniem odpowiedź jest twierdząca. Trudno dzisiaj – przy ogromnym zapotrzebowaniu na energię i sytuacji geopolitycznej, która dyktuje wysokie ceny surowców energetycznych – o coś lepszego. Na to nakłada się jeszcze nastawienie zachodnich społeczeństw, które domagają się czystej energii, a więc takiej, która nie emituje CO2.

Błażej Bogdziewicz: – Święty Graal jest chyba w obecnej sytuacji celnym pojęciem. Świat szuka czystej energii, jakiegoś nowego źródła, które nie tylko zaspokoiłoby gigantyczny popyt, ale byłoby też „czyste” i bezpieczne. Czy ten cel jest możliwy do osiągnięcia? Cóż, w poszukiwania są inwestowane duże pieniądze, a ludzkość już niejednokrotnie osiągała cele, które wydawały się nieosiągalne. Na pewno jednak przyjdzie nam na to jeszcze długo poczekać, więc faktycznie dzisiaj energetyka atomowa wydaje się najlepsza, najbardziej efektywna i co może najistotniejsze – najbardziej osiągalna. To jest obecnie praktycznie jedyna technologia pozwalająca produkować energię w dużych ilościach, stabilną i – biorąc pod uwagę ceny tradycyjnych surowców energetycznych – relatywnie tanią. Elektrownie atomowe już teraz mogą zaspokoić znaczną część globalnego popytu na energię.


– Na świecie działa niespełna 450 elektrowni atomowych. To niewiele. Jedną z barier rozwoju jest strach przed awariami. Wszyscy mamy „wdrukowane” w podświadomość obrazki z sowieckiego Czarnobyla i nie tak dawną katastrofę japońskiej Fukushimy.

Andrzej Tabor: – Z energetyką atomową jest tak, jak z wypadkami samochodowymi i lotniczymi. W pierwszym przypadku codziennie na drogach giną tysiące ludzi i nikt się tym – poza rodzinami ofiar – nie przejmuje. Z kolei każdy wypadek lotniczy ogniskuje uwagę całego świata i wywołuje gigantyczne emocje, choć wypadki lotnicze zdarzają się nieporównywalnie rzadziej. Podobnie jest z awariami w elektrowniach atomowych. Przez ostatnie 40-50 lat funkcjonowania tych elektrowni zdarzyło się zaledwie kilka poważnych awarii, więc energetyka atomowa udowodniła, że w istocie jest niezwykle bezpieczna. Mieliśmy katastrofę w Czarnobylu, gdzie działały reaktory starej generacji, których dzisiaj już się na świecie nie używa, a na dodatek skutki tej katastrofy byłyby znacznie mniejsze gdyby nie sowiecki bałagan i niekompetencja. Od czasu czarnobylskiej katastrofy, czyli od kwietnia 1986 roku nastąpił gigantyczny postęp technologiczny, ale też zaostrzono przestrzeganie norm i reżimów operacyjnych. W 2011 roku mieliśmy katastrofę w Fukushimie, zupełnie inną, bo spowodowaną czynnikami zewnętrznymi. Natomiast jeśli chodzi o Zachód, czyli Stany Zjednoczone i Europę Zachodnią, to był tylko jeden poważny problem – w amerykańskiej elektrowni Three Mile Island w marcu 1979 roku.


– Ta katastrofa jest nazywana „amerykańskim Czarnobylem”.

Andrzej Tabor: – To kompletnie nieuzasadnione określenie. Podczas awarii Three Mile Island nie tylko nikt nie zginął, ale nawet nikt nie został napromieniowany. I to już wszystko, w ciągu pięćdziesięciu lat funkcjonowania energetyki atomowej nic innego się nie wydarzyło i – mówię to z doświadczenia kilkuletniej pracy w tej branży – raczej się nie wydarzy.

Błażej Bogdziewicz: – Mam wrażenie, że część społeczeństwa, być może wcale niemała, utożsamia elektrownie atomowe z bronią atomową. I boi się, że skutki katastrofy w takiej elektrowni będą podobne jak wybuchy bomb w Hiroszimie i Nagasaki. Jeśli na początku Piotr mówił, że mamy „wdrukowane” w podświadomości obrazki z Czarnobyla, to wydaje mi się, że przede wszystkim mamy „wdrukowane” obrazy z tych dwóch japońskich miast z sierpnia 1945 roku. To skojarzenie jest oczywiście kompletnie nieuprawnione.

Andrzej Tabor: – Masz rację. Gdy tłumaczy się jak działa elektrownia atomowa, to często mówi się, że to jest „wybuch bomby atomowej pod kontrolą”. Rzeczywiście, tutaj też dochodzi do rozszczepienia, ale na tym podobieństwa właściwie się kończą. Po pierwsze, aby doszło do wybuchu musiałby w jednym momencie przestać działać wszystkie „wielopiętrowe” systemy bezpieczeństwa. I to na długo. Ale nawet w takim wypadku, zupełnie nieprawdopodobnym, nie doszłoby do żadnego wybuchu, a tylko do dużej emisji pyłów radioaktywnych. Wybuch w elektrowni atomowej, a już zwłaszcza wybuch porównywalny z detonacją bomb w Hiroszimie i Nagasaki jest absolutnie wykluczony. To jeden z wielu nieprawdziwych mitów, którymi karmi się opinia społeczna. Zdarza się natomiast, że podczas awarii dochodzi do wycieków radioaktywnych spowodowanych na przykład pęknięciami rur, zużyciem materiału. Takie wypadki nie są jakimś wyjątkiem, ale dzięki zabezpieczeniom niezwykle rzadko są one groźne dla ludzi i środowiska.


– W Polsce wreszcie zaczyna się coś dziać wokół energetyki atomowej. Są dwie koncepcje – budowa dużej elektrowni atomowej oraz małych, modułowych elektrowni. Która z nich jest lepsza?

Andrzej Tabor: – Moim zdaniem te koncepcje absolutnie się nie wykluczają. Przeciwnie, nam są potrzebne zarówno małe elektrownie, jak i przynajmniej jedna duża. Największym problemem energetyki atomowej, o czym w Polsce mało się mówi, nie są te mityczne wybuchy i zdarzające się wycieki – ale śmieci. Chodzi o zużyte ładunki, które są radioaktywne, ale chodzi też o wiele innych rzeczy: od wody używanej do chłodzenia, po kombinezony personelu. To wszystko jest radioaktywne, oczywiście w różnym stopniu, ale nie są to rzeczy, których można się pozbyć na pierwszym lepszym wysypisku śmieci. One muszą być przetrzymywane w odpowiednich warunkach, często kilkadziesiąt lat. W Polsce nie mamy dzisiaj żadnego systemu zarządzania odpadami radioaktywnymi, zarówno wyeksploatowanymi ładunkami, jak i całą resztą. Z tego co wiem, w modułowych elektrowniach atomowych produkcja radioaktywnych śmieci jest szczególnie duża, dlatego byłoby sensowne wybudowanie jednej bardzo dużej elektrowni atomowej, która zajęłaby się też utylizacją odpadów kilku mniejszych elektrowni. Same małe nie będą potrafiły sobie z tym problemem poradzić, a nawet jeśli, to ich działalność będzie obarczona wysokimi kosztami, co oczywiście przełoży się na cenę prądu.


– Polska nie ma systemu utylizacji odpadów radioaktywnych, ale nie mamy też przecież specjalistów od energetyki atomowej.

Andrzej Tabor: – Proces budowy elektrowni atomowej to kilkanaście lat, więc jest wystarczająco dużo czasu, aby stworzyć cały system energetyki atomowej. Natomiast już dzisiaj powinna się zacząć akcja edukacyjna. Powinniśmy pokazywać społeczeństwu zalety energetyki atomowej i zwracać uwagę, że jest ona bezpieczna.

Błażej Bogdziewicz: – Stworzenie tego systemu jest ważne i oczywiście trzeba się tym zająć, ale podzielam opinię, że jest na to jeszcze trochę czasu.


– Dlaczego budowa elektrowni atomowej trwa, jak Pan powiedział, kilkanaście lat?

Andrzej Tabor: – Pamiętam jak powstała elektrownia atomowa w Darlington, w Ontario. Zajęło to jedenaście lat, a koszt inwestycji, planowany na 6-7 mld dolarów, ostatecznie sięgnął 11 mld dolarów. Problem polega na stopniu skomplikowania całej inwestycji i realizacji bardzo ostrych reżimów technologicznych, które mają zapewnić bezpieczeństwo. W wypadku takich inwestycji nie ma mowy o błędach, najmniejszych nawet uchybieniach, trzeba mieć absolutną pewność, że każdy drucik jest idealnie podłączony, każda rura ma za sobą specjalistyczne testy i jest odpowiednio połączona. Nawet wywiercenie kilkucentymetrowej dziurki – to autentyczna opowieść – służącej do powieszenia obrazka musi być naniesione na plany i zatwierdzone przez wszystkich inżynierów i operatorów. Budowa elektrowni atomowej jest gigantycznym projektem, w realizacji którego pospiech nie jest wskazany. No i wymagany jest ścisły reżim technologiczny. Pod koniec lat osiemdziesiątych Kanada sprzedała projekt budowy elektrowni atomowej Rumunii…


– Jeszcze wówczas komunistycznej, rządzonej przez oszalałego Nicolae Ceausescu.

Andrzej Tabor: – Tak. Tego projektu nigdy nie udało się zrealizować. Przede wszystkim dlatego, że – według kontraktu – część osprzętu do elektrowni miała być wytworzona w Rumunii, a oni po prostu technologicznie nie byli w stanie wykonać tego tak precyzyjnie, jak zakładały reżimy bezpieczeństwa. Trzeba pamiętać, że na przykład ciśnienie ciężkiej czy lekkiej wody jest niesamowite. I, dodatkowo, to wszystko musi niezawodnie działać przez czterdzieści lat! Z energetyką atomową jest jak z lotami kosmicznymi. Ostatnio Amerykanie dwa razy – dwa razy do momentu, w którym rozmawiamy – wstrzymali start rakiety Artemis 1, bo zauważono minimalny wyciek. W wypadku elektrowni atomowej jest podobnie, przy czym tu konsekwencje fuszerki i uchybień są chyba kosztowniejsze i bardziej niebezpieczne.

Błażej Bogdziewicz: – W wypadku elektrowni modułowych sprawa jest nieco prostsza. Z reguły cykl inwestycyjny zamyka się w ciągu siedmiu lat, do czego mocno przyczynia się fakt, że ona właściwie przyjeżdża na miejsce już gotowa i jest tylko – to nie jest najbardziej odpowiednie słowo – montowana. Ale jak się wydaje, elektrownie modułowe to nie koniec postępu w energetyce atomowej. Otóż na zlecenie amerykańskiego Departamentu Obrony realizowany jest projekt stworzenia czegoś, co moglibyśmy określić „mobilną elektrownią atomową”. Taka elektrownia mogłaby być transportowana z miejsca na miejsce i zaspokajać potrzeby energetyczne na przykład jakiegoś szpitala, gdy są tam kłopoty z dostawami prądu.


– Czyżbyśmy szli w kierunku realizacji hasła „elektrownia atomowa w każdym domu”?

Andrzej Tabor: – To chyba przesada, miniaturyzacja w tej branży ma pewnie jakieś granice.

Błażej Bogdziewicz: – Ale postępuje i z reguły ma swoje korzenie w wojskowości. Reaktory, które dzisiaj są stosowane na okrętach wojennych – w łodziach podwodnych i na lotniskowcach – są w istocie reaktorami mobilnymi. Oczywiście, wymagają przystosowania do nieco innych celów, ale filozofia ich działania jest od dawna znana, bo pierwszy okręt podwodny z napędem atomowym, amerykański USS Nautilius, wypłynął w morze we wrześniu 1954 roku.

Andrzej Tabor: – Wracając jeszcze na chwilę do budowy dużej elektrowni atomowej w Polsce. Wydaje mi się, że najlepszą jej lokalizacją byłby jednak Żarnowiec.


– Budowa elektrowni atomowej była tam planowana już w latach osiemdziesiątych.

Andrzej Tabor: – Inna epoka, ale miejsce wybrane trafnie. Przede wszystkim dlatego, że taka elektrownia wymaga dużej ilości wody niezbędnej do chłodzenia i niezależnego źródła energii. Żarnowiec oba te atuty posiada. Po pierwsze duży, liczący ponad 1400 hektarów akwen wodny oraz elektrownię szczytowo-pompową.


– Czy inwestorzy mogą inwestować w energetykę atomową?

Błażej Bogdziewicz: – Tak, natomiast spółek publicznych działających w tej branży nie ma zbyt dużo. Ta branża jest na razie dość hermetyczna i nie da się jej porównać na przykład z branżą naftową, gdzie są tysiące podmiotów. Są oczywiście spółki wydobywające uran, największą na świecie jest kanadyjskie Cameco Corporation i jest kilka spółek posiadających elektrownie atomowe. Jedna, mianowicie czeski CEZ, jest nawet notowana na warszawskim parkiecie. Ale jest też kilka interesujących spółek, które mają technologię budowy tych małych elektrowni atomowych. Z reguły są to spółki amerykańskie bądź brytyjskie. Interesująca jest amerykańska spółka NuScale, która wiosną zadebiutowała na giełdzie nowojorskiej i ma być partnerem KGHM w budowie elektrowni modułowych. Na razie NuScale nie ma jeszcze przychodów, ale ma podpisanych kilka kontraktów. Wydaje mi się, że ilość podmiotów tej branży, które mogą zainteresować inwestorów będzie teraz dość dynamicznie rosła. My jako Grupa Caspar też się tej branży uważnie przyglądamy.

Andrzej Tabor: – Warto zwrócić uwagę również na spółki zajmujące się serwisowaniem elektrowni atomowych i koprodukcją, bo w grę wchodzą naprawdę potężne pieniądze.


Rozmawiał Piotr Gajdziński

Ring Caspara: Idziemy w złym kierunku

Z Błażejem Bogdziewiczem, dyrektorem inwestycyjnym Grupy Caspar i Piotrem Przedwojskim, doradcą inwestycyjnym, o niszczeniu kapitalizmu, jednym z siedmiu grzechów głównych, podcinaniu skrzydeł ludziom nieprzeciętnie zdolnym i nieustannych próbach regulowania rynku rozmawia Piotr Gajdziński.


– Jak ma się dzisiaj nasz stary poczciwy kapitalizm? Pytam, bo mam wrażenie, że w ostatnich latach ewoluuje on w niebezpiecznym kierunku: rozrzucamy pieniądze z helikopterów, lawinowo zwiększamy ilość regulacji, podnosimy podatki…

Błażej Bogdziewicz: – Ataki na kapitalizm są oczywiście od dawna, najpewniej można byłoby powiedzieć, że od zawsze, ale w ostatnich latach nietrudno dostrzec ich gwałtowną intensyfikację. Chyba początek tej nowej ofensywy zbiegł się, nieprzypadkowo oczywiście, z kryzysem finansowym zapoczątkowanym upadkiem Lehmann Brothers. Wszyscy pamiętamy oskarżenia, że to rynki doprowadziły do tego kryzysu, że przyczyniła się do niego chciwość biznesu. To wówczas politycy zintensyfikowali działania regulacyjne, zaczęli nakładać na biznes coraz to nowe kagańce, z których część nie sposób określić inaczej jak antyrynkowe. Wydaje mi się, że to właśnie wówczas władze Chin doszły do wniosku, że kapitalizm w wydaniu zachodnim nie działa, że trzeba stworzyć „system chiński” oparty na mikście kapitalizmu z marksizmem-leninizmem i zaczęły wprowadzać coraz więcej obostrzeń. Zwiększono interwencjonizm i Chiny stopniowo zaczęły odchodzić od gospodarki rynkowej, zwiększyły rolę państwa i partii komunistycznej. Takie pomysły pojawiły się też na Zachodzie, przede wszystkim w Europie Zachodniej, a informacje płynące z Pekinu ich autorów wzmacniały, zwłaszcza, że chińska gospodarka notowała wówczas bardzo dobre wyniki i zachodnioeuropejscy decydenci z ciekawością przyglądali się tamtejszym pomysłom. Ilość regulacji zaczęła na Zachodzie rosnąć, wprowadzono między innymi podatek bankowy. Ruszyło coś, co nie zawahałbym się nazwać kulą śniegową. Mam wrażenie, że dzisiaj ten proces zaczyna się wymykać spod kontroli.


– W Polsce też mamy z tym do czynienia.

Błażej Bogdziewicz: – Tak, przy czym u nas wśród liczących się partii politycznych nie ma publicznej deklaracji, że wolny rynek jest zły. Dominuje raczej myślenie typu rynek jest dobry, ale ma działać tak jak my chcemy. Natomiast na Zachodzie jest sytuacja bardziej niebezpieczna, bo tam w siłę rosną środowiska polityczne, które mówią, że kapitalizm jest zły i trzeba go zniszczyć.

Piotr Przedwojski: – Fundamentem kapitalizmu jest cykliczność: od wzrostu do spadku. Od lat różni ludzie mędrkują, jakby pozbyć się tego drugiego. Wychodzą z założenia, że jeśli się to uda, to na ziemi zapanuje raj. Celowali w tym komuniści, którzy uważali, że oni nam ten raj na ziemi stworzą wprowadzając takie reguły gospodarcze i społeczne, że rozwój będzie bardziej zrównoważony poprzez centralne planowanie i zniesienie własności prywatnej. Przerabialiśmy to w Polsce na własnej skórze i w 1989 roku społeczeństwo z radością wybrało kapitalizm ponosząc olbrzymie koszty, bo wcześniejszy system kompletnie zbankrutował. Polacy świetnie to pamiętają, wspomnienie peerelowskiego komunizmu jest u nas bardzo głęboko zakorzenione i dotyczy to także młodszego pokolenia, które urodziło się już po 1989 roku.


– Ale to będzie słabło.

Piotr Przedwojski: – Moim zdaniem jeszcze długo nie, bo nie biorę tu pod uwagę jakiś lewackich grupek bez żadnego znaczenia politycznego. Właśnie z powodu pamięci o Peerelu u nas ataki na kapitalizm są słabiutkie. Co innego na Zachodzie. Oni tam nie doświadczyli czym jest konkurent kapitalizmu, jakie konsekwencje za sobą niesie – również w ilości przemocy. Warto, aby przyswoili sobie słowa Winstona Churchilla: ”demokracja jest najgorszym z systemów, ale lepszego nie ma”.

Błażej Bogdziewicz: – Aczkolwiek demokracja i kapitalizm to nie są jednak tożsame terminy.

Piotr Przedwojski: – Jasne, ale słowa Churchilla doskonale pasują też do kapitalizmu i powiedzenie brytyjskiego premiera można z powodzeniem sparafrazować: „kapitalizm jest najgorszym z systemów, ale lepszego nie ma”. Ale wracając do tego cyklu, o którym mówiłem. Najwyraźniej nie sposób wyeliminować cykliczności. Nie da się. Można ją ukrywać, odkładać w czasie, ale ona i tak przyjdzie i będzie jeszcze bardziej dotkliwa. Uderzy mocniej, okres smuty będzie trwał dłużej i będzie bardziej dolegliwy.

Błażej Bogdziewicz: – Śledzę dyskusję toczącą się na Zachodzie wokół kapitalizmu. Szczególnie silne są w niej głosy mówiące, że gigantyczne korzyści z kapitalizmu odnoszą ludzie najbardziej zdolni. W Stanach Zjednoczonych mieliśmy w ostatnich latach wiele sukcesów, na przykład spółek technologicznych i teraz krytykuje się autorów tych sukcesów twierdząc, że korzyści, które oni osiągnęli są złe z natury. Po angielsku nazywa się to meritocracy.


– W Polsce też funkcjonuje termin merytokracja: „system, w którym pozycje uzależnione są od kompetencji”. Przeciwieństwem jest nepotyzm i oligarchia.

Błażej Bogdziewicz: – Merytokracja jest podstawą, fundamentem, solą kapitalizmu. Tymczasem na Zachodzie mamy wściekły ideologiczny atak na ludzi, którzy dzięki swoim zdolnościom osiągnęli wielki sukces.

Piotr Przedwojski: – Przywołam w tym momencie zasadę Pareto, o której już kiedyś, w Ringu Caspara mówiliśmy: 20-80, czyli 20% ludności wytwarza 80% dóbr. To jest rozkład dość powszechny w przyrodzie, dotyczy na przykład częstości słuchania utworów w Spotify czy Netfliksie. Można z tym walczyć, można – jak robili to komuniści – próbować tę zasadę unieważnić, ale efektem jest nieefektywność całego systemu, a w dłuższej perspektywie jego upadek. Im bardziej ktoś walczy z tym rozkładem, tym większą przemoc musi stosować.

Błażej Bogdziewicz: – Gdy w Google lub na YouTube wpisze się termin meritocracy, to na pierwszej stronie większość linków lub nagrań jest krytyczna wobec kapitalizmu. Dlaczego? Pewnie jest wiele powodów, ale jednym z najważniejszych jest moim zdaniem to, że globalny kapitalizm, którym cieszyliśmy się przez ostatnie lata doprowadził do tego, że wiele osób dzięki swoim niezwykłym zdolnościom osiągnęło ogromny, niewyobrażalny sukces finansowy.


– Bill Gates, Steve Jobs, Bezos, Musk…

Błażej Bogdziewicz: – I ten ich sukces kłuje w oczy bardzo wielu ludzi. Zazdrość jest ludzką przywarą, od której nie umiemy się uwolnić, ale próba zmieniania systemu na egalitarny, pójście w kierunku, w którym nie będzie Elonów Musków oznacza wywrócenie kapitalizmu. Ktoś może Muska, Gatesa, czy Jobsa nie lubić, ale jeśli stworzymy system podcinający takim ludziom skrzydła, to nie tylko nie będzie nowych wielkich firm, ale nie będzie rozwoju. W średniowieczu zakłady rzemieślnicze się dziedziczyło, a urzędy często kupowało, kapitalizm dał szansę ludziom najzdolniejszym i oni na tym skorzystali. Ale korzyści z tego odnieśliśmy wszyscy. Postęp, który dokonał się w ostatnich dwustu latach zawdzięczamy przede wszystkim ludziom nieprzeciętnie zdolnym. Oni, czy raczej wielu z nich odniosło ogromny sukces finansowy i nie wszyscy to wytrzymali. Wielu z nich zachowuje się, mówiąc delikatnie, bardzo ekstrawagancko.

Piotr Przedwojski: – Zaraz, zaraz. Szczyty ekstrawagancji to akurat osiąga Kim Dzong Un. Przy nim Musk jest potulną owieczką.

Błażej Bogdziewicz: – To prawda.

Piotr Przedwojski: – A przypomnę, że Kim Dzong Un działa akurat w systemie komunistycznym. Ograniczenie zasady Pareto, czy to przez przemoc, jak robili komuniści, czy przez tradycję, jak było w średniowieczu, zawsze prowadzi do ograniczenia wzrostu. Błażej wspomniał o zazdrości. Ona nie jest przywarą, ona jest jednym z siedmiu grzechów głównych. I ten grzech prowadzi, albo może doprowadzić do tego, że ludzie zdolni zostaną pozbawieni możliwości pracy na rzecz ogółu. Wiemy, jakie będą tego skutki.

Błażej Bogdziewicz: – Dlaczego to jest ważne? Wszystko to, co dobrego stało się w ostatnich dwustu latach zawdzięczamy temu, że mieliśmy rewolucję energetyczną i zaczęliśmy wykorzystywać tanią energię oraz mieliśmy kapitalizm. Bez kapitalizmu i energii nie byłyby możliwe odkrycia naukowe, długość życia nie wzrosłaby tak radykalnie, już nie mówiąc o tym, że dzięki kapitalizmowi i energii życie stało się nieporównywalnie łatwiejsze i wygodniejsze. Dlatego jeśli ten system rozwalimy, czy też rozmontujemy na przykład poprzez coraz większe i coraz dalej sięgające regulacje, to będą konsekwencje. Państwo nie jest w stanie podejmować trafnych decyzji. Oczywiście, ono musi wprowadzać pewne regulacje, nawet podatki. To jest nie do uniknięcia. Ale jeśli rola państwa będzie zbyt duża, to będziemy mieli katastrofę.


– Miejmy świadomość, że „państwo” oznacza polityków. Ale chciałem o czym innym. Jeszcze dziesięć lat temu w myśleniu ludzi, także Polaków, panowało norwidowskie przekonanie, że państwo to wielki zbiorowy obowiązek (w oryginale oczywiście ojczyzna). Wówczas powszechne było przekonanie, że to my, obywatele, jesteśmy zobowiązani do utrzymywania państwa. Moim zdaniem to się zmienia, coraz więcej ludzi żąda, aby to państwo utrzymywało ich.

Błażej Bogdziewicz: – Zgadzam się, to staje się coraz powszechniejsze. Moim zdaniem to pokłosie dobrobytu.

Piotr Przedwojski: – Nie mam takiego poczucia. Dysponujecie wynikami jakichś badań?

Błażej Bogdziewicz: – Nie, przynajmniej nie w tej chwili. Ale bez wątpienia utrwala się przekonanie, że państwo powinno, musi, jest zobowiązane… Coraz głośniej artykułowane są żądania rozbudowy programów socjalnych. To efekt brania przez państwo coraz większej odpowiedzialności. Trzeba się zastanowić czy takie poszerzenie obszaru odpowiedzialności państwa, jego roli regulacyjnej, jest drogą w dobrym kierunku.


– Piotr wątpi w naszą diagnozę, ale spójrz choćby na sprawę wakacji kredytowych. Czy dwadzieścia lub dwadzieścia pięć lat temu, gdy my kupowaliśmy mieszkania lub budowaliśmy domy – a kredyty były wówczas oprocentowane wyżej niż obecnie – myśleliśmy o wakacjach kredytowych? Czy komuś w ogóle takie coś mogło przyjść do głowy?

Błażej Bogdziewicz: – Branża finansowa jest bardzo mocno regulowana i dotyczy to nie tylko Polski, ale całej Unii Europejskiej. To samo jest z branżą energetyczną. Jakoś nie widzę, aby te regulacje dawały szczególnie dobre rezultaty.


– Regulacje powodują, że coraz bardziej sterowanie firmami przechodzi z rąk menadżerów w ręce urzędników.

Błażej Bogdziewicz: – A urzędnicy, w tym momencie zaliczam do nich również polityków, nie są wbrew dość powszechnemu przekonaniu jakimiś geniuszami. Nie mam teraz na myśli polskiej klasy politycznej, myślę globalnie. Z jakichś powodów uważamy, że jak ktoś zostanie ministrem, to nagle zostaje geniuszem, że do jego mózgu spływa cała wiedza tego świata.


– Staje się „bożym pomazańcem”.

Błażej Bogdziewicz: – Właśnie. Nie chodzi o to, aby na stanowiska ministrów szukać geniuszy. Niewielu geniuszy będzie chętnych. Trzeba stworzyć takie zasady, ramy, aby państwo mogło sprawnie działać, wypełniać swoją rolę nawet przy powiedzmy przeciętnych politykach.

Piotr Przedwojski: – Nie mam najmniejszych wątpliwości, wielokrotnie to już mówiłem, że ilość regulacji rośnie i że to jest niebezpieczne. Natomiast nie mam poczucia, że rośnie liczba osób żyjących lub chcących żyć na koszt państwa.


– Dajemy politykom zbyt dużą władzę. A czego oni chcą? Dalszego poszerzenia swojej władzy i tego, aby mogli trwać przy niej jak najdłużej. Nie liczmy więc, że nie będą chcieli kokietować wyborców. A to najłatwiej robi się poprzez ograniczanie wolnego rynku, konkurencji, rozdawnictwo.

Błażej Bogdziewicz: – Jak ktoś powtórzy za Churchillem, a w takim momencie właśnie się znajdujemy, że obiecuje wyborcom tylko pot i łzy, to wyląduje z poparciem na poziomie 1,5%. Nie dotyczy to tylko Polski, to dotyczy całego świata. Sytuację pogorszyła epidemia koronawirusa, która uruchomiła programy pomocowe na gigantyczną skalę. Pieniądze były rozdawane za darmo.


– I ludzie doszli do wniosku, że państwowy mieszek nie ma dna. Chcą i będą chcieli więcej.

Błażej Bogdziewicz: – Teraz wszyscy się dziwią, że to ma negatywne skutki. Niestety, w dzisiejszym świecie jak jeden rząd zdecyduje się na rozdawnictwo pieniędzy, to inne – pod wpływem własnej opinii publicznej – muszą, po prostu muszą pójść tą samą drogą, bez względu na sytuację ekonomiczną własnego kraju. Ale muszę też wziąć polityków w obronę. Współcześni politycy są w o tyle złej sytuacji, że kiedyś decyzje mogły być podejmowane z większą rozwagą, bez tych niemal codziennie publikowanych sondaży, mediów społecznych, pod naciskiem specjalistów od pijaru, na łapu capu. A teraz politycy muszą podejmować decyzje pod presją bieżących odczuć i nastrojów. To nie sprzyja rozwadze.


– Idziemy w złym kierunku.

Piotr Przedwojski: – Idziemy w kierunku znacznie bardziej turbulentnych czasów. Dobrze już było. Coraz większa część społeczeństw zachodnich nabiera przekonania, że kapitalizm już był i nie dał rady, więc teraz trzeba go „uregulować”, „zmienić”, „zawiesić”, a może po prostu zniszczyć. Jeśli to przeświadczenie zwycięży, będzie źle.


Rozmawiał Piotr Gajdziński

Ring Caspara: Między dżumą a cholerą

Z Błażejem Bogdziewiczem, dyrektorem inwestycyjnym Grupy Caspar i Piotrem Przedwojskim, doradcą inwestycyjnym, o „kanonicznym” matematycznym wzorze, o którym ekonomiści zapomnieli, rozhulanej inflacji, powrocie do głębokich prawd monetaryzmu, groźbie recesji i cierpliwości rozmawia Piotr Gajdziński.


– Zanim zadam pierwsze pytanie muszę się powołać na nasze wcześniejsze dyskusje. Już ponad rok temu ostrzegaliście w Ringu Caspara, że świat czeka wysoka inflacja. Wiele miesięcy temu, zaraz po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na Ukrainę mówiliście, że efektem będzie głód w niektórych częściach świata, co wywinduje inflację na jeszcze wyższe poziomy. Czy politycy i bankierzy centralni, na których spoczywa obowiązek walki z inflacją, tego nie wiedzieli? Czy w Casparze jest jakaś tajemna, niedostępna innym wiedza?

Błażej Bogdziewicz: – Nie mamy szklanej kuli, zresztą ostrzeżenia przed wysoką inflacją wychodziły nie tylko od nas.


– A mimo to nie były słuchane. Tym większa jest wina polityków i bankierów centralnych.

Błażej Bogdziewicz: – Nie będę ukrywał, że kilka rzeczy, także tych dotyczących inflacji jednak nas zaskoczyło, ale może rzeczywiście myliliśmy się nieco rzadziej niż wielu innych. To dlatego, że jesteśmy otwarci na różne wizje, podczas rozmów ze spółkami weryfikujemy naszą wiedzę i poglądy, nauczyliśmy się elastycznie reagować na spływające dane ekonomiczne czy społeczne. Doktrynerstwo, które zawsze jest niebezpieczne, odrzucamy z definicji.

Mamy dużo szacunku do teorii ekonomicznych, które już zweryfikowały swoją przydatność, natomiast z nieufnością przyglądamy się nowym teoriom, których zresztą sporo się w ostatnich latach pojawiło i które są bardzo „blaskomiotne” i to powoduje, że mają dużą siłę przyciągania. Tyle, że później często bankrutują. Mam natomiast wrażenie, i jest to wrażenie poparte dość gruntowną obserwacją rynku, że wielu bankierów centralnych – czy mówiąc szerzej osób mających wpływ na decyzje w sferze ekonomicznej – dała się pewnym teoriom ekonomicznym uwięzić. Teoriom, które nie bardzo już przystają do współczesnej rzeczywistości gospodarczej.

– Rzeczywistości, która jest jednak bardzo różna od tej, z którą mieliśmy do czynienia w XX wieku.

Błażej Bogdziewicz: – Mam na myśli na przykład myśl keynesowską (Keynesizm), czy popularną jeszcze niedawno Modern Monetary Theory. Mam wrażenie, że ta ostatnia po prostu zbankrutowała.

Piotr Przedwojski: – Podpisuję się pod tym co mówisz, ale odważę się pociągnąć ten wątek dalej. Klasyczne teorie ekonomiczne mówią, że ilość pieniądza razy szybkość równa się cenie razy wartość wszystkich towarów. To klasyka, ekonomiczny kanon, który jest z nami „od zawsze”, a co najistotniej – sprawdza się. Ale od kilku lat nieustannie pojawiają się jacyś nowi prorocy, którzy są na tyle głośni, że zdobywają wielu zwolenników. To, że tymi zwolennikami zostają publicyści czy studenci, jakieś tam małe i niewiele znaczące partyjki, to mniejszy problem. Gorzej, że to chyba trafia do umysłów decydentów, a oni później na tych teoriach opierają swoje już decyzje. Między innymi te, które doprowadziły do sytuacji z jaką mamy obecnie do czynienia. Bo ta sytuacja jest przecież efektem gigantycznych błędów, które zostały popełnione przez konkretnych decydentów.


– Kto Waszym zdaniem jest odpowiedzialny za wysoką inflację, z którą mamy dzisiaj do czynienia może nie we wszystkich, ale w większości liczących się w gospodarce globalnej krajów?

Piotr Przedwojski: – Ci którzy podejmowali decyzje. Ci, którzy mieli nie mieć demokratycznego mandatu, aby tylko na pewno byli kompetentni.

Błażej Bogdziewicz: – Czyli bankierzy centralni.

Piotr Przedwojski: – Makroekonomia to polityka monetarna i fiskalna. Za tę pierwszą odpowiadają banki centralne, za drugą rządy. Wydaje się, że wszyscy oni do tego obecnego bałaganu się przyczynili. Trudno wytłumaczyć to inaczej – jak ignorancją lub oportunizmem tych ludzi.


– Ponad rok temu jeden z Was powiedział w Ringu Caspara, że „bankierzy centralni zawsze się ze swoimi decyzjami spóźniają”. Teraz też się spóźnili?

Piotr Przedwojski: – Niektóre decyzje banków centralnych i rządów były podjęte zbyt wcześnie, a inne zbyt późno. W czasie pandemii zbyt szybko dosypano pieniędzy do gospodarki, a następnie zbyt późno wzięto się za ich “odsysanie”.

Błażej Bogdziewicz: – Wszyscy mamy tendencję do patrzenia na inflację przez pryzmat ostatnich odczytów poszczególnych wskaźników – krótko mówiąc tak zwanych „gorących danych”. Ale aby zrozumieć co i dlaczego w ostatnich latach się stało warto spojrzeć z perspektywy kilku czy nawet kilkunastu lat. Wrócę do wzoru przywołanego wcześniej przez Piotra: M x V = P x Y.


– Gdzie M oznacza pieniądze…

Błażej Bogdziewicz: – V oznacza szybkość obrotu pieniądza, P poziom cen, a Y wszystkie liczby transakcji w ciągu roku, co w pewnym uproszczeniu powinno być powiązane z poziomem PKB. Niestety, ten wzór, a przypomnę, że jest to wzór „kanoniczny”, był w ostatnich latach przez banki centralne ignorowany. Błąd, bo zawarta w nim prawda cały czas działa i to działa z dużą brutalnością. Ta brutalność prowadzi do bardzo niepokojących wniosków.

Piotr Przedwojski: – Wbrew dość powszechnemu przekonaniu, w ekonomii jest bardzo niewiele ścisłych matematycznych wzorów. Ten należy do najważniejszych, a od dłuższego czasu można odnieść wrażenie, że najważniejsi ekonomiści – najważniejsi w tym sensie, że mający wpływ na najistotniejsze decyzje – porzucili wiarę w ten konkretny.


– Albo o nim zapomnieli.

Błażej Bogdziewicz: – Tak, chyba nie wierzyli w ten wzór. Dlaczego? Bo w ostatnich latach, jeszcze przed pandemią, wzrosła podaż pieniądza (M) dużo szybciej niż ilość towarów (Y), ale ceny nie rosły. Stało się tak dlatego, że w tym czasie spadała szybkość obrotu pieniądza. W Stanach Zjednoczonych na początku XXI wieku wynosiła ona 2, a obecnie około 1. Tymczasem szacuje się, że gdyby szybkość obrotu pieniądza utrzymała się na tym samym poziomie – ceny musiałyby być mniej więcej dwa razy wyższe niż są obecnie.


– Wybaczcie ignorancję. Wydawało mi się, że w dobie powszechności pieniądza elektronicznego wydajemy go szybciej niż kiedykolwiek w historii.

Błażej Bogdziewicz: – Nieprawda, wystarczy się przyjrzeć wielkości depozytów. One cały czas rosły. Ale trzeba się temu przyjrzeć bardzo dokładnie i znaleźć odpowiedź na pytanie, komu rosły, bo wtedy okaże się, że rosły wąskiej grupie najbardziej zamożnych ludzi. W 2001 roku Chiny wstąpiły do WTO, czyli do Światowej Organizacji Handlu. Globalizacja, która oczywiście miała miejsce już wcześniej, istotnie przyspieszyła. Kto na tym skorzystał najbardziej? Oczywiście najbogatsi, przede wszystkim ze Stanów Zjednoczonych oraz Chin, a także największe globalne korporacje. Te pieniądze nie wchodziły do obrotu, one dłużej spoczywały na kontach, więc pieniądz mniej krążył w gospodarce.


– Teraz, o tym też od dawna mówimy w Ringu Caspara, globalizacja przyhamowała. A może nawet jest w odwrocie.

Błażej Bogdziewicz: – Co oznacza, że będziemy mieli trudniejszą sytuację, bo nie będziemy mogli bezkarnie zwiększać podaży pieniądza. A nie będziemy mogli, bo jeśli V nie będzie spadało, to spowoduje to wzrost cen. Istnieje powszechne przekonanie, że inflacja rośnie w okresie boomu gospodarczego, ale nie zawsze tak jest. Moim zdaniem, w niedalekim czasie może nam grozić sytuacja, w której – właśnie na skutek hamującego V – inflacja będzie rosła mimo słabego wzrostu gospodarczego.

Piotr Przedwojski: – My wszyscy z racji wieku znamy taką sytuację. Ona była codziennością w tak zwanych „demoludach”, czyli krajach obozu sowieckiego. Komuniści nieustannie dosypywali do gospodarki dużo pieniędzy, wzrost gospodarczy był mizerny, za to inflacja kwitnąca. I wszyscy słyszeliśmy o „nawisie inflacyjnym”, który był skutkiem bezustannego drukowania pieniędzy. Ten wzór obowiązywał nawet w gospodarce planowej, która była jednak gospodarką pieniężną.

Błażej Bogdziewicz: – W elitach ekonomicznych upowszechniło się przekonanie, że V – czyli szybkość obrotu pieniądza – jest z gumy. Kreujemy wzrost gospodarczy, bo wrzuciliśmy do gospodarki kolejne miliardy. To się czasem sprawdza, na przykład sprawdziło się Rooseveltowi z „New Deal”. Ale sprawdziło się dlatego, że wówczas w Stanach Zjednoczonych było wysokie bezrobocie, a więc były wolne moce produkcyjne. Gdy to zjawisko nie występuje – a obecnie, przypomnę, bezrobocie jest niskie – wstrzykiwanie pieniędzy do gospodarki nie będzie skuteczne. Co więcej, może się okazać bardzo niebezpieczne i spowodować, że inflacja wyrwie się spod kontroli.


– Na to nakłada się jeszcze dramatyczny moment w historii Europy.

Błażej Bogdziewicz: – PKB krajów europejskich jest pod presją kryzysu energetycznego, mamy wojnę, słabnącą demografię i deglobalizację. Jeśli V zacznie rosnąć, to utrzymanie inflacji w ryzach może się okazać bardzo trudne. To jest obecnie największe ryzyko przed jakim stoimy. Aby mu sprostać, powinniśmy ograniczyć podaż pieniądza, ale obawiam się, że to z kolei wywoła problemy z płynnością, a w efekcie będziemy mieli do czynienia z bankructwami.

Piotr Przedwojski: – I dalszym spadkiem wzrostu gospodarczego w ramach sprzężenia zwrotnego. Inaczej – samonakręcającej się spirali.

Błażej Bogdziewicz: – Dokładnie. Jeśli mam być szczery, to nie wiem na ile ten pogląd jest podzielany przez większość ekonomistów.

Piotr Przedwojski: – Wzór rozumie każdy, a on mówi przecież, że ilość pieniądza krążąca w gospodarce musi pozostawać w relacji do produkcji i poziomu cen. Ta zależność znana jest od XVI wieku, od Jeane Bodina, potem Locke, Hume’a, Adama Smith’a, a w XX wieku jej propagatorem był Milton Friedman. Niepokojące jest, że to co było dotychczas jasne i oczywiste jasne i oczywiste być przestało. Nie można bez końca wstrzykiwać do gospodarki pieniędzy i oczekiwać, że nie wywoła to wzrostu cen, a potem jeszcze – gdy inflacja już wzrosła – mówić, że wzrost cen jest przejściowy.

Przecież to kompromitacja. Ale jacyś ludzie dokładnie to przed chwilą głosili i nawet ukuli nazwę „Współczesna teoria monetarna” dla tej oczywistej bzdury, a bankierzy centralni chyba tego słuchali. Zwrócę jeszcze uwagę na V, czyli szybkość obrotu pieniądza. Ten wskaźnik jest trudno mierzalny i właśnie to umożliwiło pozornie bezkarne wstrzykiwania pieniędzy. Przekonaliśmy się już, i to boleśnie, że to nieprawda. Teraz banki centralne starają się zmniejszyć ilość pieniądza w gospodarce nie zaduszając jednocześnie wzrostu gospodarczego. Czy to się uda trudno powiedzieć, ale dobrze, że wracamy wreszcie do sprawdzonych założeń monetaryzmu.


W wypowiedzi Błażeja padły słowa, że „inflacja może się wyrwać spod kontroli”. Niepokojące stwierdzenie, bo ono zakłada, że jesteśmy jeszcze daleko od szczytu.

Błażej Bogdziewicz: – W wielu krajach podaż pieniądza została ograniczona, M przestało rosnąć i jest nadzieja, że zacznie spadać. Prawdopodobnie tak będzie, bo trzeba pamiętać, że polityka monetarna przekłada się na poziom inflacji z opóźnieniem i to opóźnienie jest znaczne, bo mniej więcej dwuletnie. Jak będzie się zmieniała szybkość obrotu pieniądza pozostaje zagadką, bo to zależy od bardzo wielu czynników, w tym od zaufania do banku centralnego. Tu jest problem. Kolejnym jest to, że na inflację mocno oddziałują czynniki, choćby takie jak globalizacja, które są zupełnie poza kontrolą banków centralnych czy ministrów finansów. Przynajmniej w krajach tej wielkości i znaczenia gospodarczego co Polska.


– Gospodarka może wpaść w korkociąg.

Błażej Bogdziewicz: – I to dość łatwo, jeżeli będziemy mieli do czynienia z silnym spadkiem PKB wywołanym choćby kryzysem energetycznym, a rządy przy współpracy banków centralnych będą finansowały wydatki dodrukiem pieniądza, czy pożyczając po zbyt niskich stopach procentowych. Wyskoczy inflacja, która w tej sytuacji może się przerodzić w hiperinflację. Pozytywne jest to, że banki wzięły się za M, czyli starają się zmniejszyć podaż pieniądza. Pytanie, na które nikt dzisiaj nie potrafi odpowiedzieć dotyczy poziomu ich determinacji. I tego, gdzie jest społeczny próg bólu.


– Wiele krajów zbliża się do wyborów. To czas, gdy politycy nie lubią zaciskać pasa – nawet nie lubią mówić o zaciskaniu pasa.

Piotr Przedwojski: – Wysoką inflację zdusza się obniżając wzrost gospodarczy. To jest najpewniejsza metoda. Najpewniejsza, ale ona oczywiście też wywołuje złe skutki, bo powoduje upadłości firm, a w konsekwencji wzrost bezrobocia.


– Wybór między dżumą a cholerą…

Piotr Przedwojski: – Dżin już się z butelki wydostał. Przyszedł rachunek za wiele lat luźnej polityki monetarnej.


– Na rynku mówi się, że pandemia była gwoździem do trumny niezależności banków centralnych.

Piotr Przedwojski: – Naruszyła konsensus budowany od lat siedemdziesiątych, który mówił, że technokraci z banków centralnych wiedzą co robić i nie poddają się nastrojom społecznym.

Błażej Bogdziewicz: – Banki centralne od dawna były z tej niezależności oskubywane, ale pandemia oznaczała jej koniec. Banki centralne stały się departamentami ministerstw finansów, a w najlepszym razie ministerstwami w składzie rządu. Może w tej opinii jest trochę przesady, ale chyba nie tak znowu wiele.

Piotr Przedwojski: – Nie będę z tą tezą polemizował, to zjawisko jest niestety widoczne. Pandemia zmieniła wiele organów w wydmuszki. Siła paniki była tak duża, że udzieliła się zbyt wielu instytucjom.


– Nawet zakładając dobrą wolę wszystkich polityków, a z doświadczenia wiemy, że oni nie lubią, gdy instytucje ograniczają ich wolę, trudno będzie znowu to wszystko postawić na właściwe tory.

Piotr Przedwojski: – Przychodzi nam płacić rachunek, o którym rządy i banki centralne mówiły, że nie trzeba go będzie płacić. Pytanie, jak sprzedać to wyborcom, aby zdołali strawić ciężkostrawne danie.

Błażej Bogdziewicz: – Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jeśli opanujemy szybkość obrotu pieniądza, to będą powody do optymizmu, bo wtedy, po okresie dekoniunktury będzie można liczyć na spadek inflacji i powrót wzrostu gospodarczego. Oczywiście o ile poradzimy sobie z innym wyzwaniami stojącymi przed gospodarką. Ale to zadanie nie będzie łatwe. Z powodów, o których mówiłem już wcześniej: kryzys energetyczny, wojna, deglobalizacja, w Europie jeszcze bardzo zła demografia – poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko.


– Czy w sytuacji „siedmiu plag egipskich” demografia rzeczywiście ma aż tak duże znaczenie? W długim horyzoncie czasowym tak, ale…

Błażej Bogdziewicz: – W wypadku Europy na pewno ma, bo zła demografia oznacza rosnącą liczbę osób przechodzących na emeryturę i tym samym konieczność stałego zwiększania wydatków między innymi na służbę zdrowia czy na cele socjalne. Ten ciężar będzie rósł, będzie coraz mocniej wpływał na finanse publiczne. Nadzieję widzimy w nowoczesnych technologiach, które oczywiście bardzo zwiększają wydajność – ale pytanie, czy wystarczająco.


Rozmawiał Piotr Gajdziński

Ring Caspara: Kryzys u bram

Z Błażejem Bogdziewiczem, dyrektorem inwestycyjnym Grupy Caspar i Piotrem Przedwojskim, doradcą inwestycyjnym, o sygnałach zwiastujących poważny kryzys gospodarczy w Europie, winie Niemiec za błędną politykę ekonomiczną, słabnącym euro i wejściu Ukrainy do Unii Europejskiej rozmawia Piotr Gajdziński.


– Kto bardziej uratował Unię Europejską: Emmanuel Macron zwyciężając w wyborach prezydenckich we Francji, czy Putin napadając na Ukrainę?

Błażej Bogdziewicz: – Co masz na myśli mówiąc o Putinie?


– Jego inwazja zjednoczyła Europę w stopniu niewidzianym przynajmniej od przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Ruchy odśrodkowe, jeszcze niedawno bardzo silne, teraz przycichły.

Błażej Bogdziewicz: – Rzeczywiście, pojawiła się jakaś wspólna idea. Ale to jest poziom idei, na poziomie brutalnej ekonomii wojna dramatycznie pogorszyła sytuację Europy. Moim zdaniem w najbliższych miesiącach Unię Europejską czeka poważny kryzys, który szczególnie mocno dotknie Strefę Euro.

Piotr Przedwojski: – Miesięcy? Nie przesłyszałem się?

Błażej Bogdziewicz: – Może nawet tygodni. Sekwencja wydarzeń jest następująca: europejska gospodarka potrzebuje energii, inaczej jej po prostu nie będzie. Ta energia była do tej pory dostarczana z Rosji i w praktyce nie ma możliwości, aby szybko te rosyjskie surowce energetyczne zastąpić z innych źródeł. Dzisiaj ceny energii na świecie są wysokie, a w Europie bardzo wysokie, co będzie oznaczało postępującą dezindustrializację Starego Kontynentu. Będziemy mieli bardzo słabe dane gospodarcze, bo przy tych cenach energii europejski przemysł nie będzie w stanie działać w dotychczasowej formule.


– Kryzys energetyczny szczególnie mocno uderza w Niemcy…

Błażej Bogdziewicz: – Które do tej pory były lokomotywą europejskiej gospodarki, generowały największe nadwyżki i dzięki temu, że Niemcy były krajem wiarygodnym, miały mocną gospodarkę, Europa mogła sobie radzić z kryzysami w rodzaju włoskiego czy greckiego.

Piotr Przedwojski: – Trochę cię skontruję. Po pierwsze, wydaje mi się bardzo ryzykowne podawanie ram czasowych. Po drugie, ważniejsze – te nadwyżki tworzone przez Niemcy były patologiczne.

Błażej Bogdziewicz: – Pełna zgoda, ale to nie jest sprzeczne z moim tokiem rozumowania. Niemcy generowały nadwyżki, które uwiarygadniały euro. Bez niemieckich nadwyżek na rachunku bieżącym euro nie byłoby wiarygodną walutą.

Piotr Przedwojski: – To prawda. Ale wyrokowanie, że nadejdzie kryzys, a już zwłaszcza, że on nadejdzie w ciągu kilku najbliższych tygodni czy miesięcy jest obarczone ryzykiem popełnienia kardynalnego błędu. Powiedziałbym więc, że Europa stoi przed bardzo trudnym wyzwaniem, co jest efektem prowadzenia w ostatnich dziesięcioleciach polityki przez Niemcy. Bez wątpienia Niemcy są głównym winowajcą obecnej, bardzo trudnej sytuacji, w której znalazła się Europa. Głównym, ale nie jedynym, bo inne państwa Unii Europejskiej pozwoliły im taką politykę prowadzić.


– Rozwińmy trochę ten wątek, aby był bardziej zrozumiały. Jak mówicie, że Niemcy w sposób patologiczny wykorzystywały sytuację w Strefie Euro, to macie na myśli to, że kurs euro…

Błażej Bogdziewicz: – Był dla Niemiec korzystny. Gdyby mieli swoją walutę, to ona byłaby dużo, dużo silniejsza. Byłaby czymś w rodzaju franka szwajcarskiego i przez to Niemcy nie byłyby w stanie generować tak dużych nadwyżek na rachunku obrotów bieżących.

Piotr Przedwojski: – Tak. Co więcej, tego nie ma w Traktacie z Maastricht ale było w traktacie rzymskim z 1957 roku, powołującym EWG, czyli wspólnotę węgla i stali, wcześniejszą wersję UE. Niemcy od lat przekraczają tamtą granicę z traktatu rzymskiego, a to prowadzi do destabilizacji, w tym do zadłużania się części Europy, zwłaszcza południowej części Starego Kontynentu. Wiadomo, że Niemcy powinni mieć znacznie wyższą stopę procentową niż kraje południowej Europy.

Błażej Bogdziewicz: – Albo wyższą stopę procentową, albo silniejszą walutę.

Piotr Przedwojski: – Tak. Dzięki dotychczasowemu układowi Niemcy rozwijają się znacznie szybciej niż południe Europy. I my dzięki nim – dla Polski jest to dar z nieba. Niestety, to nie będzie trwało wiecznie. Ale to jest tylko jeden błąd. Drugim było oczywiście całkowite uzależnienie się od tanich surowców energetycznych z Rosji, które teraz przestały być tanie. Co jest tego dobrą stroną? Pojawia się równowaga makroekonomiczna.

Błażej Bogdziewicz: – Nie zgadzam się! Po trzykroć się nie zgadzam.

Piotr Przedwojski: – Bez wątpienia pojawia się szansa na poprawę tej równowagi.

Błażej Bogdziewicz: – To nie jest żadna szansa. Było powszechne przekonanie, że kryzys grecki w Strefie Euro się skończył. Tymczasem wcale tak nie jest. W tym sensie, że kraje południa – Grecja, Włochy, Hiszpania – mogą się finansować na rynkach tylko dlatego, że działa Europejski Bank Centralny, który jeśli chodzi o zaangażowanie w aktywa wyemitowane przez rządy osiągnął poziom Japonii – ponad 40% wszystkich obligacji skarbowych w Strefie Euro jest własnością EBC. Co więcej, w wypadku wielu państw Europy Południowej Europejski Bank Centralny kupuje 100% emisji. To jest, mówiąc najdelikatniej, złamanie ducha traktatów europejskich. Może nie formalnie, ale…

Piotr Przedwojski: – Formalnie też, bez wątpienia. Ale kto się tym przejmuje?

Błażej Bogdziewicz: – Tak więc Europejski Bank Centralny bardzo agresywnie finansuje deficyty wielu rządów europejskich, a w najgorszej sytuacji są kraje południa Europy, gdzie dług publiczny jest najwyższy. Jednocześnie mamy rosnącą inflację, banki centralne zaczynają zaostrzać politykę monetarną, zwłaszcza amerykański FED, który ogłosił, że będzie sprzedawał obligacje zamiast je, jak dotychczas, kupować.


– A ma ich, o czym też trzeba pamiętać, znacznie mniej niż EBC.

Błażej Bogdziewicz: – Dokładnie. Euro spada, jest blisko swoich najniższych poziomów od dwudziestu lat i wiele wskazuje, że nadal będzie spadało. Podobnie zachowuje się japoński jen i dolar Hongkongu. To oznacza, że kapitał ucieka z tych systemów monetarnych, które kontynuują politykę drukowania. Mimo to, Europejski Bank Centralny tę politykę drukowania kontynuuje. Ale jeżeli mielibyśmy z tą polityką drukowania skończyć, to kto kupi obligacje greckie, włoskie lub hiszpańskie? Pojawiają się więc pomysły, aby EBC zaczął podnosić stopy i nadal kupował obligacje. Wydaje mi się jednak, że to nie wystarczy i w skrajnej sytuacji grozi nam hiperinflacja. Jest bowiem spore zagrożenie, że w najbliższych miesiącach spirala inflacyjna będzie się nakręcała. W czarnym scenariuszu Europejski Bank Centralny stanie przed trudnym wyborem: albo bankructwa bardzo wielu firm, albo hiperinflacja. Oba te scenariusze są złe.


– Sytuacja w Europie jest bezprecedensowa.

Błażej Bogdziewicz: – Naturalnie. Mamy konflikt zbrojny, który moim zdaniem będzie narastał. Mamy inflację, mamy bardzo słabą kondycję europejskiego przemysłu, mamy rekordowe, najwyższe od zakończenia II wojny światowej zadłużenie i wreszcie mamy FED, który zaostrza politykę monetarną. To jest koktajl, który może być dla Europy trudny do przełknięcia. I do tego wszystkiego mamy drogie surowce energetyczne.

Piotr Przedwojski: – Zgadzam się, że Europa z bardzo wielu powodów jest w niezwykle trudnym położeniu. Jest prawdą, że kryzys grecki się nie skończył, jest masa zagrożeń: wojna, obłędna, a może raczej zabójcza polityka energetyczna Unii Europejskiej, kryzys polityczny, który może prowadzić do federalizacji Europy.

Błażej Bogdziewicz: – Federalizacja jest pomysłem, który ma prowadzić do scalenia długów. Chodzi o to, aby Niemcy miały większą władzę, ale jednocześnie przejęły greckie, hiszpańskie i włoskie długi. Dlatego premier Włoch, Mario Draghi jest takim orędownikiem federalizacji. To jest jakiś pomysł na rozwiązanie kryzysu, ale w moim przekonaniu to tylko połowiczne rozwiązanie, a na dodatek mało realne.

Piotr Przedwojski: – Federalizacja jest jakąś zmianą, kolejną formą ucieczki do przodu. Narastają coraz większe napięcia i Europa będzie musiała stawić im czoła. Czy czeka nas kryzys? Cóż, on właściwie jest tu cały czas i zawsze jest zarówno zagrożeniem, jak i szansą. Zgadzam się więc, że kryzys jest możliwy, ale nie sądzę, aby doprowadził on w najbliższym czasie do jakiejś apokalipsy. Natomiast na pewno doprowadzi do zmiany i oby to była zmiany na lepsze.

Błażej Bogdziewicz: – Nie podzielam Twojego optymizmu. To równie dobrze może być zmiana na gorsze.


– Będzie inaczej.

Błażej Bogdziewicz: – Na pewno, bo trudno będzie kontynuować dotychczasową politykę Europejskiej Banku Centralnego.

Piotr Przedwojski: – Od wczesnego Średniowiecza historia Europy jest historią zmagań modelu państwa narodowego i państwa uniwersalnego. Ten pierwszy uosabiała Francja, a drugi Święte Cesarstwo Narodu Niemieckiego.

Błażej Bogdziewicz: – Zawsze to samo…

Piotr Przedwojski: – Prawie to samo. Niemcy dążą w kierunku modelu państwa zdecentralizowanego, w którym ścierają się różne podmioty, które nie są w systemie bardzo złożonych zależności. Niemcy ten model znały od X do XIX wieku, gdy go zmieniły z wiadomym dla wszystkich skutkiem. Ta koncepcji nie ma dzisiaj w Europie silnej przeciwwagi, bo Francja nie jest już centralnie zarządzanym państwem narodowym. Należy też pamiętać, że Święte Cesarstwo Narodu Niemieckiego zawsze było dość słabe, władza centralna nieczęsto była dominująca, często wręcz słabsza niż innych podmiotów. W sumie to, że Niemcy budują państwo uniwersalne wydaje mi się lepsze niż gdyby budowały państwo narodowe.

Błażej Bogdziewicz: – A to oznacza, że ktoś inny będzie rozdawał karty. Na przykład Amerykanie. I to widać w sprawie Ukrainy. Waszyngton działa tu znacznie bardziej zdecydowanie niż Europa, choć nie da się powiedzieć, że Europa nic nie robi. Robi, ale działania amerykańskie mają inny wymiar.

Piotr Przedwojski: – Słusznie mnie poprawiłeś, nie jest tak, że nie ma scentralizowanego państwa narodowego, bo Stany Zjednoczone są takim państwem.

Błażej Bogdziewicz: – Ale to oznacza, że Unia Europejska będzie musiała „podpiąć się” pod Stany Zjednoczone i w najbliższych latach nie będzie globalnym graczem, nie ma zasobów, które pozwoliłyby jej odgrywać taką rolę. Chcę jeszcze wrócić do mojej tezy o nadciagającym kryzysie gospodarczym w Europie. Będę bronił tezy, że to się wydarzy niebawem. Po pierwsze, rynki finansowe pokazują, że coś się dzieje. Po drugie, wojna przyspieszyła pewne procesy, które mieliśmy już wcześniej, bo w końcu kryzys energetyczny nie pojawił się nagle, on już wcześniej pukał do drzwi na skutek błędnej polityki energetycznej.

Piotr Przedwojski: – Powiedziałbym raczej obłędnej.

Błażej Bogdziewicz: – Wojna to przyspieszyła. Więc ten kryzys będzie teraz, bo to teraz niemiecki przemysł będzie miał poważne problemy, bo to teraz będzie brakowało energii, bo to teraz ceny surowców energetycznych będą wysokie i to teraz FED podnosi stopy procentowe.

Piotr Przedwojski: – No tak, i to teraz mamy wojnę. Jakby to źle nie zabrzmiało, to z gospodarczego punktu widzenia trzeba powiedzieć, że dobrze, że ta wojna wybuchła teraz, a nie za dwa, trzy lata, bo wówczas zależność Europy od surowców energetycznych byłaby jeszcze większa.


– Trzy firmy załatwią rosyjską gospodarkę?

Błażej Bogdziewicz: – I to w stosunkowo krótkim czasie. Chodzi o Schlumberger, Baker Hughes i Hullibarton, które są absolutnymi globalnymi potentatami w dziedzinie usług dla firm wydobywających ropę i gaz. Schlumberger jest spółką zarejestrowaną poza Stanami Zjednoczonymi, ale podobnie jak dwie pozostałe ma swoją siedzibę w Houston w Teksasie. Bez nich wydobycie ropy i gazu jest dzisiaj na świecie, nie tylko w Rosji, bardzo trudne, więc jeśli one dostaną zakaz pracy w Rosji, wydobycie najcenniejszych surowców – sprzedaż ropy i gazu odpowiada za 36% wpływów do budżetu Rosji – zacznie spadać i finansowanie działań wojennych przestanie być możliwe. W mojej ocenie może to być równie bolesne co wykluczenie Rosji z systemu SWIFT.


– Na koniec jeszcze jedna kwestia. Proces globalizacji się cofa, co oznacza, że jest pilna potrzeba reindustrializacji Europy. Czy to oznacza, że do Europy wrócą fabryki, huty, kopalnie? I czy reindustrializacja Europy jest w ogóle możliwa w sytuacji, gdy ona nie ma energii?

Piotr Przedwojski: – Będzie możliwa, jeśli zrezygnujemy z całkowicie błędnej polityki energetycznej.

Błażej Bogdziewicz: – Będzie możliwa, jeśli zainwestujemy w energetykę jądrową. Nie ma innego wyjścia, nie ma innego źródła energii. Nawet jeśli pobudujemy terminale do odbioru gazu, ten gaz będą nam dostarczały Stany Zjednoczone, Katar, północna Afryka, to jego ceny będą wysokie, wyższe niż obecnie. A to oznacza po prostu, że europejski przemysł będzie niekonkurencyjny. Nie da się oprzeć europejskiej gospodarki na gazie LNG importowanym z innych kontynentów. A jeśli chodzi o fabryki, to nie sądzę, aby wróciły one do takich krajów, jak Niemcy czy Francja. Mówi się natomiast o krajach bliskich Europie, na przykład o Turcji.

Piotr Przedwojski: – I Ukrainie.

Błażej Bogdziewicz: – Po zakończeniu wojny to będzie bardzo dobra opcja. Być może skorzystają na tym również państwa Europy Środkowej.

Piotr Przedwojski: – Nie jestem pewien czy fabryki wrócą do Europy Zachodniej, bo przemysł się już raz sparzył i będzie o tym długo pamiętał. Nie ma przecież żadnej gwarancji, że za kilka lat znowu nie pojawią się tu nieracjonalni ignoranci z hasłami o czystej energii jako najwyższej wartości. Natomiast uważam, że Ukraina powinna dość szybko wejść do Unii Europejskiej i dzięki temu Europa uzyska nowy impuls ekonomiczny, porównywalny z wejściem krajów Europy Środkowej.


– Z majowych badań wynika, że za przystąpieniem Ukrainy do UE jest już 66% obywateli Unii Europejskiej, przeciwko zaledwie 22%.

Błażej Bogdziewicz: – Bardzo mi się ta wizja podoba, ale aby ona się ziściła, Europa musi sobie poradzić z problemami, które ma tu i teraz.


Piotr Przedwojski: – Część efektów potrwa kilka miesięcy, ale z częścią będziemy się borykali przez wiele lat. Moim zdaniem świat nie wróci już w stare koleiny. Wkroczyliśmy w znacząco nową sytuację.


Rozmawiał Piotr Gajdziński

Ring Caspara: Przyszłość Zachodu okrywa gęsta mgła

Z Błażejem Bogdziewiczem, dyrektorem inwestycyjnym Grupy Caspar i Krzysztofem Kaźmierczakiem, analitykiem Caspar Asset Management SA o głodzie, powrocie “chruszczowowskiej” kampanii zagospodarowywania ugorów i kupowaniu gazoportów rozmawia Piotr Gajdziński.

– Czy światu grozi głód? To pytanie brzmi dramatycznie, ale kilka miesięcy temu Błażej przywołał w Ringu raport jednego z największych na świecie producentów nawozów sztucznych, który twierdził, że wobec wysokich cen nawozów sztucznych spowodowanych wysokimi cenami gazu ten scenariusz jest możliwy. Od tego czasu wiele się zmieniło. Na gorsze. Po pierwsze, największym na świecie producentem nawozów jest Rosja, a Białoruś, też objęta zachodnimi sankcjami, szóstym. Po drugie, przed wojną Rosja i Ukraina odpowiadały za 25% globalnej produkcji zbóż, Ukraina była czwartym na świecie eksporterem kukurydzy…

Błażej Bogdziewicz: – Od naszej ostatniej rozmowy na ten temat ryzyko wybuchu klęski głodu rzeczywiście istotnie wzrosło. Wiadomo też, w jakim regionie ten głód może nastąpić – na Bliski Wschodzie oraz w Afryce Północnej. A to jest region, który ma bardzo dużą populację.

Krzysztof Kaźmierczak: – W samym tylko Egipcie mieszkają 102 miliony osób!

Błażej Bogdziewicz: – Ten region, choćby ze względu na warunki klimatyczne, nie jest w stanie sam zapewnić sobie żywności. I nie ma najmniejszych szans, że w krótkim czasie to się zmieni. Sytuacja jest tym bardziej groźna, że kryzys żywnościowy może zostać jeszcze pogłębiony przez niektóre bogate państwa. Jeśli część z nich się wystraszy, to może zacząć kupować na rynkach światowych dosłownie wszystko co się da. Dotyczy to na przykład Chin, które będą w stanie wydać na ten cel gigantyczne pieniądze w obawie, że jeśli żywności w tym kraju zabraknie, to wywoła to społeczne niezadowolenie i uderzy w sprawującą w tym kraju władzę partię komunistyczną. Takie działania pogłębiają braki. Nam, Europejczykom, taki scenariusz może się wydać niemożliwy, ale wystarczy spojrzeć na Sri Lankę, bo tamtejsze wydarzenia pokazują, jak niestabilna jest sytuacja na rynku żywnościowym.

Krzysztof Kaźmierczak: – Sri Lanka przeżywa obecnie kryzys żywnościowy, bo postawiła na rolnictwo organiczne, zakazując importu i wykorzystania syntetycznych nawozów oraz pestycydów.

Błażej Bogdziewicz: – Sri Lanka postawiła na radykalnie zieloną politykę. Na wyspę zjechała grupa aktywistów, która przekonała władze tego kraju do przestawienia produkcji rolnej na rolnictwo ekologiczne. W efekcie, rolnicy całkowicie odeszli od nawozów sztucznych i środków ochrony roślin. Efekt jest taki, że plony dramatycznie spadły, ludzie nie mają co jeść, krajem wstrząsają zamieszki, a Sri Lanka ogłosiła bankructwo, bo rolnictwo stanowiło podstawę tamtejszej ekonomii. Przed całkowitym chaosem kraj muszą ratować Indie.


– To lokalna sprawa, nie mająca wiele wspólnego z kryzysem wywołanym wzrostem cen nawozów i rosyjską inwazją w Ukrainie.

Błażej Bogdziewicz: – To prawda, ale ona pokazuje, jak ważną rolę odgrywają nawozy sztuczne. I co nam grozi, gdy tych nawozów zabraknie. Pokazuje też, jak czasem rzekomo piękne idee prowadzą do nieszczęścia.

Krzysztof Kaźmierczak: – Eksperymentowanie na żywym organizmie często już prowadziło do nieszczęść. Zaskakujące, że niczego nas te doświadczenia nie uczą i z uporem maniaka powtarzamy ten sam scenariusz. Ale wracając do głównego nurtu naszej dyskusji. Wysokie ceny gazu, a przede wszystkim wojna w Ukrainie, mogą doprowadzić do klęski głodu na Bliskim Wschodzie oraz w północnej Afryce, ale oczywiście w Europie głód nam nie grozi. Grożą nam za to wysokie ceny żywności oraz utrzymująca się, wysoka inflacja. Czyli globalnego głodu nie będzie, za to globalna inflacja będzie niemal na pewno. Już to zresztą widać. Publikowany przez Organizację Narodów Zjednoczonych indeks cen żywności znajduje się na rekordowych poziomach, a marcowy odczyt był aż o 34% wyższy niż rok temu.

Błażej Bogdziewicz: – Wróćmy jeszcze do nawozów. Najbardziej dramatyczna sytuacja dotyczy nawozów potasowych i fosforowych. Plus jest taki, że farmerzy amerykańscy, jak wynika z naszych ostatnich rozmów ze spółkami, są już na ten sezon zaopatrzeni. Po prostu zdążyli kupić nawozy przed wybuchem wojny. Więc ten sezon, choć oczywiście wiele zależy również od pogody, nie będzie jeszcze taki zły. Natomiast jeśli w ciągu kilku najbliższych miesięcy sytuacja się nie poprawi, wojna w Ukrainie będzie trwała, a ceny gazu nadal będą wysokie – to przyszły rok może być naprawdę bardzo zły.

Krzysztof Kaźmierczak: – A nawet dramatyczny.


– Dla nas, czyli dla Europy, oznacza to wysoką inflację. Ale nie tylko. Jeśli Bliski Wschód i północną Afrykę rzeczywiście dotknie głód, to możemy się spodziewać wielkiej fali emigracji. Kierunek będzie jeden – Europa.

Błażej Bogdziewicz: – Oczywiście. Z sygnałów, które docierają z Brukseli wynika, że tym razem Unia Europejska będzie się starała ten proces zahamować. Pytanie, czy potrafi to zrobić skutecznie, bo trudno będzie – jeśli ten czarny scenariusz rzeczywiście się ziści – zatrzymać miliony głodnych, zdesperowanych ludzi.


– Historia uczy, że rewolucje pustego żołądka są bardzo trudne do opanowania. Putin zaciera ręce, bo to bardzo dobry sposób na zdestabilizowanie Unii Europejskiej.

Błażej Bogdziewicz: – Idealny. A warto pamiętać, że Rosja jest w ostatnich latach bardzo aktywna i na Bliskim Wschodzie, i przede wszystkim w Afryce Północnej. Zapewne nie bez przyczyny.


– Co w tej sytuacji można zrobić?

Błażej Bogdziewicz: – Przede wszystkim uwolnić proste rezerwy. One są. Podam przykład biopaliw, bo jesteśmy właśnie po rozmowie z jednym z czołowych producentów biopaliw na świecie. Otóż w Europie oraz w Stanach Zjednoczonych produkuje się bardzo duże ilości roślin, na przykład soi, które są dodawane do diesla. Z punktu widzenia efektywności energetycznej jest to pozbawione sensu. Wbrew pozorom nie sprawia to też, że paliwo jest bardziej ekologiczne, więc zamiast te produkty żywnościowe dolewać do paliw, lepiej dać je ludziom do zjedzenia. Tyle tylko, że wymaga to zmian politycznych w Unii Europejskiej oraz w Stanach Zjednoczonych.

Krzysztof Kaźmierczak: – Niemcy ciągle mają trzy działające elektrownie atomowe, których wyłączenie zaplanowano na koniec 2022 roku. Kilka tygodni temu kanclerz Scholz stwierdził, że wydłużenie czasu ich życia nie poprawiłoby sytuacji energetycznej. To jest oczywiście nieprawdą; rekordowo drogi gaz, które będzie potrzebny do generowania prądu, mógłby zostać użyty chociażby przez przemysł nawozowy. Dzisiaj część zakładów europejskich spółek z tego sektora pozostaje zamknięta, właśnie ze względu na wysokie ceny gazu ziemnego.

Błażej Bogdziewicz: – Optymistyczne jest to, że politycy jednak dostrzegają te proste rezerwy i coś w tych sprawach robią. Dowodem jest zgoda Unii Europejskiej na zagospodarowanie ugorów. Zgoda niezbędna, bo w Unii produkcja rolna jest ściśle kontrolowana i nie jest tak, że rolnik może sobie siać co chce i przede wszystkim gdzie chce.


– Zagospodarowanie ugorów problemu braku żywności nie rozwiąże. Ta akcja trochę przypomina wielkie kampanie podejmowane w latach sześćdziesiątych przez Nikitę Chruszczowa i później Polskę lat osiemdziesiątych. Okazały się nieskuteczne.

Błażej Bogdziewicz: – Nie rozwiąże, ale ważne jest to, że świat szuka rezerw w produkcji żywności i te rezerwy znajduje. Z uznaniem trzeba też witać każdy, nawet najmniejszy powrót zdrowego rozsądku.


– Poświęćmy trochę czasu surowcom energetycznym. Unia Europejska obiecuje, że do końca roku zmniejszy import gazu z Rosji aż o 80%. To w Waszej ocenie realne?

Błażej Bogdziewicz: – Tak, ale niezwykle trudne. Na pewno można zwiększyć import gazu z USA. Tyle tylko, że będzie się to musiało odbyć kosztem Azji, bo dzisiaj popyt na gaz jest znacznie większy niż podaż.

Krzysztof Kaźmierczak: – Brakuje mocy do skraplania gazu. Aby Europa mogła zastąpić gaz rosyjski gazem skroplonym, musiałoby na jej rzecz pracować około 30% obecnych światowych mocy produkcyjnych. W praktyce to nierealne, w ubiegłym roku żaden europejski kraj nie był wśród pięciu największych odbiorców LNG. Do tego Europa potrzebuje infrastruktury do odbioru tego gazu, które dziś brakuje. Oczywiście, to wszystko można zbudować, technologia istnieje, ale wymaga to czasu. Tymczasem do końca roku zostało osiem miesięcy.


– Najwięcej do nadrobienia mają Niemcy.

Krzysztof Kaźmierczak: – Niemcy próbują teraz wynajmować oraz kupować pływające gazoporty, ale na to też potrzeba czasu, bo one są tworzone na zamówienie, dla konkretnego odbiorcy, m.in. przez konwersję starych tankowców. Do tego dochodzi proces certyfikacji. Innym wyjściem jest odbiór gazu z Rotterdamu, ale wiadomo, że Holendrzy też mają ograniczoną przepustowość.

Błażej Bogdziewicz: – Niemcy mają nie tylko problem z odbiorem gazem. Nie mają też dostępu poprzez system rurociągów do tamtejszych rafinerii, które dotąd przerabiały rosyjską ropę. Jedynym wyjściem jest gdański Naftoport.


– Zbudowany w latach siedemdziesiątych przez Edwarda Gierka. To już chichot historii.

Krzysztof Kaźmierczak: – Unia zakłada, że w tej sytuacji trzeba będzie obniżyć zużycie gazu i ropy naftowej i że uda się to zrobić poprzez bardziej efektywne wykorzystanie tych surowców. To bardzo pięknie brzmi, ale trudno mi uwierzyć, że są jakieś proste rezerwy, które można błyskawicznie uruchomić i one w istotny sposób wpłyną na wielkość konsumowanych w Europie surowców energetycznych.

Błażej Bogdziewicz: – Wydaje się, że Unia Europejska stoi przed koniecznością wprowadzenia elementów „gospodarki wojennej”, czyli racjonowania pewnych dóbr. Za chwilę zacznie się wiosna, później lato i to zmniejszy popyt na gaz i ropę naftową, ale jest poważne zagrożenie, że latem i zimą grozi nam wprowadzenie obostrzeń przy korzystaniu z surowców energetycznych, w tym również czasowe wyłączenia prądu.

Krzysztof Kaźmierczak: – A zdajmy sobie sprawę, że wszystko to dzieje się w sytuacji, gdy Europa musi pilnie zacząć reindustrializację. Musi. Ta wojna dowiodła, że przemysł musi wrócić do Europy.


– I do Stanów Zjednoczonych.

Krzysztof Kaźmierczak: – Globalizacja doszła do swojego szczytu i zaczyna się odwrót. Oczywiście, wszystkiego nie da się produkować w Europie i Ameryce, ale w branżach uznawanych za krytyczne łańcuchy dostaw muszą zostać radykalnie skrócone. Aby stało się to możliwe, trzeba pilnie rozwiązać kwestię energetyczną, bo bez tego nie ma mowy o powrocie przemysłu na Stary Kontynent. Rozmawiamy o reindustrializacji w momencie, gdy niemiecki przemysł szykuje się na scenariusz racjonowania gazu ziemnego. Pamiętajmy przy tym, że powrót przemysłu do Europy i Stanów Zjednoczonych oznacza oczywiście wyższą inflację, bo strukturalnie koszty produkcji będą tu wyższe niż w Chinach i Wietnamie.

Błażej Bogdziewicz: – Mam wrażenie, że nie wszyscy politycy rozumieją co się stało w momencie wtargnięcia wojsk rosyjskich do Ukrainy. Może nawet rozumie to mniejszość. Tymczasem Europa musi zrobić, i to zrobić bardzo pilnie, trzy podstawowe rzeczy. Po pierwsze, nie wypychać produkcji do Azji, a przeciwnie, znowu ściągnąć ją do Europy. Po drugie, zapewnić bezpieczeństwo energetyczne. A po trzecie, zbudować atrakcyjną ofertę dla krajów Afryki i państw azjatyckich poza Chinami, aby niejako przyciągnąć te kraje do zachodniej strefy wpływów. Dzisiaj takiej oferty nie ma nie tylko Europa, ale przede wszystkim nie mają jej Stany Zjednoczone. A bez tego przyszłość Zachodu okrywa gęsta mgła.


Rozmawiał Piotr Gajdziński

Ring Caspara: Wygrają cierpliwi

Ring Caspara: Wygrają cierpliwi

Z doktorem Pawłem Zawadzkim, prezesem biotechnologicznej spółki MNM Diagnostics, Błażejem Bogdziewiczem, dyrektorem inwestycyjnym Grupy Caspar i Piotrem Rojdą, zarządzającym subfunduszami Caspar Globalny i Caspar Stabilny o cierpliwości oraz wielkiej rewolucji w światowej medycynie, rozmawia Piotr Gajdziński.


– Jest dzisiaj z nami doktor Paweł Zawadzki, absolwent Oxford University…

Paweł Zawadzki: – Większość swojego naukowego życia rzeczywiście spędziłem na Oxfordzie. Siedem lat pracowałem w grupie profesora Davida Sherratta, który jakiś czas temu był bardzo poważnie brany pod uwagę jako kandydat do Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny. Jestem natomiast absolwentem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.


– I jakiś czas temu, gnany Judymowskim porywem serca wrócił Pan do Polski, aby stworzyć nad Wisłą nowoczesną firmę biotechnologiczną. Nie udało się…

Paweł Zawadzki: – Spółka MNM Diagnostics powstała, intensywnie pracuje i cały czas się rozwija.


– Tyle tylko, że w Stanach Zjednoczonych.

Paweł Zawadzki: – Rzeczywiście, formalnie została włączona do spółki amerykańskiej, którą założyliśmy w Bostonie i to właśnie ta zarejestrowana w Stanach Zjednoczonych firma jest spółką-matką polskiej MNM Diagnostics. Jednak zdecydowana większość zatrudnionych pracuje w Polsce i to tutaj, konkretnie w Poznaniu, znajduje się nasze główne laboratorium.


– Skoro tak, to po co powołał Pan spółkę w USA?

Paweł Zawadzki: – W Polsce po prostu nie ma rynku. U nas, podobnie zresztą jak w całej Europie, rynek biotechnologiczny opiera się na grantach przyznawanych przez państwo. To system, który polega na tym, że dostaje się pieniądze na prowadzenie badań, ale zwykle nic z tego nie wynika.


– Dlaczego?

Paweł Zawadzki: – Fundamentalną rzeczą w młodej spółce jest zmiana. Tworząc spółkę biotechnologiczną mamy pewne założenia, które jednak niemal nigdy się nie sprawdzają, bo rynek i zawrotne tempo postępu w nauce weryfikuje pierwotne plany. Tymczasem, jeśli chcemy otrzymać grant, to we wniosku musimy bardzo szczegółowo określić, co będziemy robili w przyszłości. Po dwóch latach, aby grant rozliczyć, jesteśmy zobowiązani dokładnie opisać, co w tym czasie zrealizowaliśmy. I zamiast robić to co trzeba, aby wygrać, robimy to, co początkowo wpisaliśmy do wniosku. Ostatecznie grant może blokować więc rozwój spółki, a brak rozwoju to śmierć.


– Tymczasem w Stanach Zjednoczonych…

Paweł Zawadzki: – Tymczasem w Stanach Zjednoczonych jest rzeczywista rzeczywistość, a nie utopia. To oczywiście nie jest wina tylko grantów, bo w Polsce nie ma rynku, a rynku nie można stworzyć ustawą lub rozporządzeniem. Gdy szukaliśmy spółek, które zajmują się podobną działalnością jak nasza, to w całej Europie znaleźliśmy dwie, a w Stanach Zjednoczonych ponad dwadzieścia.


– No dobrze, ale co to oznacza, że w Polsce nie ma rynku? Czy Polacy nie chorują na nowotwory, nie umierają na zawały serca, nie potrzebują terapii genowych?

Piotr Rojda: – Chorują, oczywiście chorują. Ale już znalezienie finansowania, poza grantami, jest bardzo trudne. W tej sferze polska rzeczywistość jest zresztą mocno zakłamana, bo znaczna część działających u nas spółek nosi dumne miano biotechnologicznych, choć ich działalność to tylko podwykonawstwo dla zachodnich firm. Nie ma w tym żadnej wartości intelektualnej, tam się nic albo bardzo niewiele tworzy.

Paweł Zawadzki: – Piotr ma rację, ale nie można tego tak zupełnie lekceważyć, bo polskie spółki zarabiają jakieś pieniądze, zdobywają doświadczenie i nowe kompetencje. To nie oznacza jednak, że mamy w Polsce rynek biotechnologiczny. Do tego jeszcze daleka droga. Jesteśmy gospodarką, która robi półprodukty – tak jest na przykład w motoryzacji – więc nie oczekujmy, że akurat w biotechnologii nagle staniemy się mocarstwem.


– Dlaczego właściwie nie możemy tego oczekiwać? Biotechnologia jest młodą nauką, nie możemy się więc usprawiedliwiać, że zabory, jedna i druga wojna światowa, okupacja, komunizm… A przy tym nasze uczelnie wyższe co roku opuszcza liczna grupa absolwentów biotechnologii.

Błażej Bogdziewicz: – I to niezłych. Podobno poziom kształcenia na tym kierunku jest w Polsce wysoki.

Paweł Zawadzki: – To prawda. Gdy po ukończeniu Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza pojechałem do Oxfordu, to jeśli chodzi o wiedzę nie miałem kompleksów.


– No właśnie. Ponawiam więc swoje pytanie, dlaczego Polska nie jest biotechnologicznym mocarstwem?

Paweł Zawadzki: – Brakuje nam doświadczenia, możliwości współpracy ze środowiskiem najlepszych biotechnologów, podpatrywania rozwiązań, które tam już dawno powstały i działają jak przysłowiowa dobrze naoliwiona maszyna. Mówię to na podstawie własnych doświadczeń, bo miałem to szczęście, że w Oxfordzie trafiłem do znakomicie działającego zespołu. Miałem możliwość obserwowania, jak ten świat funkcjonuje na Zachodzie. To było dla mnie zupełnie nowe doświadczenie, bo choć pod względem wiedzy nie odbiegałem od absolwentów zachodnich uczelni, to działalność całego systemu była mi właściwie obca. To jest doświadczenie, którego przytłaczająca większość absolwentów polskich uczelni niestety nie ma, a można je zdobyć właściwie wyłącznie w Stanach Zjednoczonych.

Błażej Bogdziewicz: – Tam są ośrodki – Boston, Kalifornia – gdzie są nowoczesne uniwersytety, niezliczona ilość spółek biotechnologicznych, ale też najróżniejsze fundusze, które są w stanie sfinansować działalność takich spółek. To jest jedno środowisko, w którym wiedza nieustannie przepływa. Oczywiście, są patenty…

Paweł Zawadzki: – Oczywiście, ale jest też cały, ogromny zasób wiedzy, która nie wchodzi w skład patentów i wiedza rzeczywiście nieustannie w tym środowisku przepływa i inspiruje. Taka samonapędzająca się maszyna. Podam konkretny przykład: za kilka dni lecę do Bostonu, gdzie spotykam się z wiceprezesem jednej z amerykańskich spółek biotechnologicznych, a następnego dnia z profesorem z Harvardu. Będziemy oczywiście rozmawiali o biotechnologii, o najważniejszych obecnie trendach, szykujących się rozwiązaniach i kto nad czym pracuje. To jest coś, czego w Polsce zupełnie nie ma.

Błażej Bogdziewicz: – Czyli jak rozumiem, jeśli chcemy mieć w Polsce nowoczesną biotechnologię, to nie możemy myśleć o jednej lub dwóch spółkach, ale o całym środowisku.

Paweł Zawadzki: – Tak, o ekosystemie…

Błażej Bogdziewicz: – Który oczywiście musi się wpisać w globalny ekosystem, aby nie wyważać drzwi, które ktoś już dawno otworzył.

Paweł Zawadzki: – To nie jest trudne. Jest Internet, za chwilę wrócą konferencje naukowe. To forum wymiany myśli, ale też możliwość nawiązania bezpośrednich rozmów i współpracy. Zachodnim firmom biotechnologicznym, wbrew pozorom, możemy niemało zaproponować. Choćby dobrze wykształcone kadry i niższe koszty działalności. Na Zachodzie jest teraz nowy trend, który polega na tym, że firmy zamiast jednego, dużego ośrodka badań i rozwoju tworzą kilka mniejszych, rozsianych po świecie. Taki ośrodek powstaje w Krakowie, tworzony przez Indiro.

Błażej Bogdziewicz: – Czyli szansa na stworzenie w Polsce takiego środowiska istnieje.

Paweł Zawadzki: – Tak, przy czym nie powstanie ono dzięki państwowym grantom, ale biznesowi. I to jest bardzo dobra wiadomość.

Piotr Rojda: – Pozostając przy grantach. To jest właśnie największa różnica między Polską a Stanami Zjednoczonymi. W USA akademicy po prostu zakładają spółkę, znajdują fundusz venture capital, który zasila ją finansowo i pracują z perspektywą, że za jakiś czas będą musieli pokazać konkretne wyniki i wyjść z nimi na rynek. Oczywiście, nie wszyscy osiągają sukces, ale ten system stwarza zupełnie inną perspektywę, inny cel i rzecz jasna inne możliwości niż w naszym kraju.

Błażej Bogdziewicz: – W naszych peregrynacjach po rynku niejednokrotnie już trafialiśmy na europejskie spółki biotechnologiczne, które miały dobry pomysł na biznes i bardzo dobrze rozwiniętą część naukową, ale żyły z grantów. Były w sferze komfortu i w naszej ocenie nie miały dość determinacji, aby się z niej wyrwać, wyjść z laboratorium i skonfrontować swój projekt z rynkiem. Często, choć chyba nie zawsze, lekarstwem dla takiej firmy jest menadżer, niekoniecznie wybitny biotechnolog, ale człowiek głodny sukcesu, który będzie miał dość siły i autorytetu, aby tymi naukowcami pracującymi w laboratorium mocno „potrząsnąć”.


Paweł Zawadzki: – To jest bardzo interesujący problem. Gdy dwadzieścia lat temu powstawały spółki technologiczne, to ich prezesami nie zawsze byli fundatorzy. Spółki biotechnologiczne są dzisiaj na takim samym etapie, na którym na przełomie XX i XXI wieku były spółki technologiczne, ale niestety ich proces tworzenia produktów jest znacznie bardziej skomplikowany niż w wypadku takich spółek, jak na przykład Apple czy Facebook. Z tego w dużej mierze wynika, że na czele spółek biotechnologicznych stoją naukowcy, często zresztą pod względem ich kompetencji naukowych, wybitni. Niestety, oni nie zawsze równie dobrze poruszają się poza laboratorium. Stąd, moim zdaniem, wynika brak „egzekucji”, przejścia ze świata badań do ich monetyzacji. Jestem jednak przekonany, że to się zmieni, gdy na rynku biotechnologicznym rozpocznie się proces konsolidacji spółek.


– Jaka jest dzisiaj kondycja branży biotechnologicznej? Sądząc po indeksach giełdowych inwestorzy przestali wierzyć w szybki sukces, przestali wierzyć, że rzeczywiście stoimy u progu wielkiej medycznej rewolucji.

Błażej Bogdziewicz: – Bardzo starannie badamy ten rynek i mogę z całą stanowczością powiedzieć, że obecnie nie ma najmniejszych kłopotów z finansowaniem spółek biotechnologicznych przez inwestorów. Natomiast na giełdzie rzeczywiście mieliśmy zmianę nastrojów i ceny akcji spółek biotechnologicznych spadły. Przyczyn tego spadku upatrujemy w splocie różnych czynników, wśród nich eksplozji debiutów spółek biotechnologicznych na amerykańskim parkiecie. To spowodowało, że wielu inwestorów poczuło się zagubionych.

Piotr Rojda: – Trzeba powiedzieć, że nie wszystkie z tych debiutów były udane, to znaczy nie wszystkie spółki, które w ostatnich miesiącach znalazły się na amerykańskiej giełdzie były do tego gotowe. To zniechęciło inwestorów. Część winy spada też na FDA, czyli amerykańską Agencję Żywności i Leków, która w ostatnich miesiącach była zaangażowana w walkę z pandemią i w związku z tym zanotowała opóźnienia w dopuszczaniu na rynek nowych leków i terapii.

Błażej Bogdziewicz: – To prawda, ale to oczywiście w żadnym razie nie zahamowało rewolucji w medycynie. Ona się dzieje. W niedawnym wywiadzie dla Bloomberga prezes Novartisu, jednej z największych firm farmaceutycznych na świecie powiedział, że nigdy jeszcze postęp w branży medycznej nie był tak szybki jak obecnie i w ciągu najbliższych lat doświadczymy rewolucji w postaci nowych leków i nowych terapii.

Piotr Rojda: – Piotr zdaje się uważać, że spadki na giełdzie w krótkim okresie są w stanie pogrzebać długotrwałą, opartą na bardzo mocnych, naukowych fundamentach prognozę gwałtownego rozwoju szeroko pojętej medycyny. Tak nie jest. Może się okazać, że jakaś technologia nie działa lub jest toksyczna, wtedy usprawiedliwiona jest przecena spółek zajmujących się danym wycinkiem medycyny. To co obserwujemy na rynku od lutego 2021 roku to silna korekta notowań spółek z całego sektora biotechnologicznego, w wielu przypadkach potęgowana przez niską płynność i nieradzenie sobie z emocjami przez wielu inwestorów.

Paweł Zawadzki: – Biotechnologia potrzebuje czasu. Tej branży nie można porównać na przykład z produkcją samochodów, gdzie braki na rynku da się uzupełnić stawiając trochę więcej linii produkcyjnych oraz zatrudniając nowych specjalistów. Moim zdaniem, paradoksalnie, branży biotechnologicznej zaszkodziła również pandemia. W tym sensie, że szczepionki i leki pojawiły się bardzo szybko i inwestorzy uznali, że proces adopcji wyników badań laboratoryjnych przyspieszy również w spółkach biotechnologicznych. Ale pewnych rzeczy nie można przeskoczyć. Jestem jednak absolutnie przekonany – i tu się z Błażejem i Piotrem zgadzamy – że tego gigantycznego postępu nic już nie zatrzyma.

Błażej Bogdziewicz: – Ale trzeba cierpliwości. Pamiętajmy, że badanie trzeciej fazy trwa przynajmniej dwa lata, później jeszcze kolejny rok trwa postępowanie przed Agencją Żywności i Leków. Tego po prostu nie da się przeskoczyć.


– Jaka nauka płynie z tego dla inwestorów?

Błażej Bogdziewicz: – To co mówiliśmy zawsze – inwestowanie w spółki biotechnologiczne, które będą największymi beneficjentami rewolucji w medycynie i ich akcje mają w przyszłości szansę „wystrzelić” równie mocno, jak to było w wypadku spółek technologicznych wymaga długiego horyzontu czasowego.


– Czyli?

Błażej Bogdziewicz: – Myślę, że dziesięciu lat.

Piotr Rojda: – Weźmy przykład Intelli Therapeutics, o której już w „Ringu Caspara” mówiliśmy. Spółka powstała w 2014 roku, my zainwestowaliśmy w jej akcje w roku 2018, trzy lata później Intellia pokazała pierwsze w historii dane o udanej edycji genomu w organizmie człowieka. Edycja nastąpiła tam, gdzie miała nastąpić, była skorelowana z dawką terapii i nie wystąpiły efekty uboczne. Wyniki bardzo obiecujące, ale są to wyniki pierwszej fazy, jeszcze wiele wody w rzekach upłynie zanim produkt Intelii znajdzie się na rynku. Potrzeba lat, dlatego tak bardzo podkreślamy znaczenie horyzontu inwestycyjnego przy inwestowaniu w akcje, a tym bardziej przy inwestowaniu w biotechnologię.


– Warto czekać?

Paweł Zawadzki: – Zdecydowanie tak. Gigantyczny postęp w medycynie wyznaczały dotąd dwa wydarzenia – wynalezienie antybiotyków oraz szczepionek. Wcześniej śmiertelność była bardzo wysoka, w XIX wieku w Europie średnia długość życia sięgała zaledwie czterdziestu lat, a w Afryce była o blisko dziesięć lat krótsza. Trzecie kluczowe wydarzenie dzieje się na naszych oczach – coraz lepiej radzimy sobie z dwoma największymi „zabójcami”, czyli z zawałami serca oraz nowotworami. Jeszcze trzydzieści lat temu rak był wyrokiem śmierci, a dzisiaj w wypadku wielu rodzajów raka jest to już tylko choroba przewlekła. Kilka lat temu raka jajnika przeżywało zaledwie 20% kobiet, dzisiaj ten wskaźnik wzrósł do 65%. Biotechnologia „wystrzeli”, bo są w to zaangażowane bardzo duże pieniądze oraz ogromna liczba znakomitych naukowców.


Rozmawiał Piotr Gajdziński

Ring Caspara: Błękitny ocean?

Krystal Biotech

Z Piotrem Rojdą, zarządzającym subfunduszami Caspar Globalny i Caspar Stabilny oraz z doktorem Bartoszem Wawrzynowem, doradcą naukowym Grupy Caspar, o terapii na Pęcherzykowate oddzielanie naskórka, cudownym środku na zmarszczki i przyczynach, dla których bajkowe historie zdarzają się tylko w Ameryce, a nigdy w Polsce rozmawia Piotr Gajdziński.

– Po sukcesie Intelii Therapeutics, o czym rozmawialiśmy w sierpniu tego roku, kolejna spółka biotechnologiczna, w którą inwestują subfundusze Caspar TFI zanotowała spektakularny sukces. Chodzi o Krystal Biotech z Pittsburgha w Pensylwanii.

Piotr Rojda: – Krystal Biotech działa w obszarze terapii genowych i udało im się zmodyfikować wirusa opryszczki tak, aby wykorzystać go jako wektor dostarczający geny do komórek skóry. W efekcie Krystal Biotech może leczyć bardzo groźną chorobę występującą pod nazwą Pęcherzykowate oddzielanie naskórka. Co istotne, leczenie jest bardzo proste, bo polega na aplikowaniu chorym terapii w formie żelu. W efekcie organizm zaczyna produkować kolagen i rany się goją.


– Gen jest dostarczany w formie żelu?

Piotr Rojda: – Dokładnie tak. Terapia nie wymaga strzykawek, ani połykania tabletek, a tylko smarowania skóry żelem. W końcu listopada br. spółka pokazała wyniki trzeciej fazy badań, z których wynika, że efekty stosowania tej terapii są znakomite. Po sześciu miesiącach u 70% pacjentów rany się zagoiły i pozostały zagojone przynajmniej przez dwa tygodnie. Sukces jest spektakularny, bo Pęcherzykowate oddzielanie naskórka jest bardzo ciężką chorobą, w efekcie której u części pacjentów może się rozwinąć rak skóry. Wielu chorych przechodzi tę chorobę bardzo boleśnie, niektórzy mają rany tak rozległe, że nie mogą nawet brać prysznica.

Bartosz Wawrzynów: – Chory na Pęcherzykowate oddzielanie naskórka wyglądem często przypominają osoby chore w średniowieczu na trąd, choć mechanizm tej choroby jest zupełnie inny, bo trąd jest oczywiście chorobą bakteryjną. Ale tutaj też może dojść, i często dochodzi, do obumierania kończyn i konieczności ich amputowania.


– Tym bardziej fascynujące jest to, że terapia na tak ciężką chorobę jest tak prosta.

Bartosz Wawrzynów: – Krystal Biotech bardzo uparcie wierzył w metodę dostarczania terapii genowej za pomocą wektorów zbudowanych na bazie ludzkich wirusów, choć wówczas nie była ona w świecie medycznym nazbyt popularna. Teraz się to, oczywiście na skutek pandemii Covid-19 zmieniło, ale gdy oni zaczynali swoje pracę, to niewielu naukowców upatrywało w tym możliwość osiągnięcia aprobaty regulatora. Krystal Biotech podszedł do tego problemu bardzo pragmatycznie i udało im się zaprojektować, „wykastrować” i unieszkodliwić ludzkiego wirusa opryszczki (HSV-1) tak, aby spełniał rolę wektora. Drugie wielkie osiągnięcie spółki to właśnie ów żel.

Pęcherzykowate oddzielanie naskórka zamyka się w skórze. Podanie żelu, w którym są cząsteczki zmodyfikowanego wirusa niosącego materiał genetyczny powoduje, że ten materiał pozostaje tylko w przestrzeni skóry, nie „podróżuje” do krwioobiegu czy do układu limfatycznego. W tym aspekcie jest to układ zamknięty i dzięki temu udało się wyeliminować negatywne następstwa. Proszę bowiem pamiętać, że to nie jest terapia jednorazowa, to jest proces cykliczny. Stosując żel pacjent przestaje cierpieć ból, dochodzi do zabliźnienia się ran, drastycznie spada ryzyko wystąpienia nowotworów rozwijających się na podłożu niegojących się ran (np. raka kolczystokomórkowego skóry), ale ten żel musi być stosowany cyklicznie.


– Terapia przyniesie ogromną ulgę chorym, ale profity uzyskają również inwestorzy.

Piotr Rojda: – Krystal Biotech ostrożnie szacuje, że na Pęcherzykowate oddzielanie naskórka cierpi w Stanach Zjednoczonych 3 tysiące osób. Podobna ich liczba jest w Europie i kolejne 3 tysiące na pozostałych kontynentach. Dzisiaj koszty leczenia chorych idą w setki tysięcy dolarów, sama opieka paliatywna to roczny wydatek w granicach 200-400 tysięcy dolarów. Spółka szacuje, że jej rekordowe przychody w jednym roku powinny oscylować wokół 400-500 milionów dolarów.


– Interesujące jest to, co spowodowało, że dwa lata temu, gdy Krystal Biotech nie mógł się jeszcze pochwalić zbyt imponującymi osiągnięciami, subfundusze Caspar TFI zainwestowały w spółkę.

Piotr Rojda: – Nasze podejście do inwestycji w spółki biotechnologiczne opiera się na wyszukiwaniu takich firm, które uczestniczą bądź mają szansę uczestniczyć w rewolucji genetycznej. Czyli zmianach, które zajdą w medycynie za sprawą między innymi terapii genowych. Nieustannie szukamy takich spółek i dwa lata temu trafiliśmy na Krystal Biotech. Najpierw analizowaliśmy dokumenty spółki, a później, to był listopad 2019 roku, odbyłem pierwszą rozmowę z prezesem Krishem Krishnanem. Ich terapia wydała się nam ciekawa, z dużymi perspektywami i szansami na sukces. Duże wrażenie zrobiło na mnie także zaangażowanie prezesa.

Bartosz Wawrzynów: – To była jedna z pierwszych spółek, przy których współpracowałem z Caspar TFI. Jeszcze zanim przeszedłem do etapu badania potencjału naukowego Krystal Biotech, zwróciłem uwagę na duże zaangażowanie zespołu Caspara i zaufanie, które mieli do tej spółki. Wszyscy wyczuwaliśmy, że to nie są „spadochroniarze”, wynajęci menadżerowie, którzy dzisiaj pracują w spółce X, a jutro, jeśli tylko dostaną lepszą ofertę finansową, przejdą do spółki Y. Co ciekawe, Krystal Biotech w przeciwieństwie do innych dynamicznych deep-tech’owych spółek na arenie biotechnologii ulokował się, o dziwo, w rejonie Pittsburgha.


– W Polsce to miasto kojarzy się raczej z przemysłem ciężkim, kopalniami i hutami.

Bartosz Wawrzynów: – Właśnie. Ale to była rzeczywistość Pittsburgha lat osiemdziesiątych. Od tego czasu miasto przeszło gigantyczną, godną pozazdroszczenia transformację i dzisiaj jego władze nie bez racji uważają, że to jest „miasto technologiczne”, z dwoma dużymi uniwersytetami (University of Pittsburgh i Carnegie Mellon University), które promieniują na tamtejszą społeczność. W spółce rzucało się w oczy zaangażowanie całego zespołu. To jest prawdziwy team, nastawiony na osiągnięcie sukcesu i dużo temu dążeniu poświęcający. Na to później, w kolejnych spółkach, które trafiają w orbitę zainteresowania Caspara TFI moim zdaniem warto zwrócić uwagę. Widzieliśmy już wiele innych spółek, które „na papierze” wyglądały lepiej niż Krystali Biotech, wydawało się, że są bliższe sukcesu, ale nie miały tego team spirit, zaangażowania, zawziętości i zrozumienia celu, do którego dążą. I nie osiągnęły sukcesu.


– Krystal Biotech to jest wręcz hollywoodzka historia. Bo spółkę stworzyła para imigrantów z Indii.

Piotr Rojda: – To po pierwsze. Małżeństwo Sumy i Krisha Krishnan jest akcjonariuszem spółki, razem mają około 20% akcji, ale traktują tę firmę jak własną. Wielokrotnie doświadczyłem tego w rozmowie z Krishan Krishnanem, który mówił „moja spółka”, który jeśli odsyłał mnie do strony internetowej, to nie mówił „to jest na stronie spółki”, tylko mówił „to jest na mojej stronie”, sam przez wiele lat zajmował się relacjami inwestorskimi. Po drugie, firma nie ma swojej siedziby ani w Bostonie, ani w Kalifornii, czyli w tych tradycyjnych już dzisiaj „zagłębiach” biotechnologicznych i technologicznych, tylko właśnie w Pittsburghu.


– Być może wynalezienie leku na Pęcherzykowate oddzielanie skóry nie jest jeszcze końcem tej hollywoodzkiej historii. Może to tylko koniec pierwszego sezonu?

Piotr Rojda: – Nie jest to wykluczone, a nawet z oczywistych względów mocno ściskamy za to kciuki. Krystal Biotech uważa, że ich technologia może działać na różnego rodzaju wady estetyczne. Dzisiaj nie sposób jeszcze przesądzać, ale nie można też lekceważyć, że oni udowodnili już, że ich technologia potrafi w bezpieczny i łatwy sposób dostarczać gen do skóry. Niedawno założyli więc spółkę-córkę, tym razem już w Kalifornii, która zajmuje się stworzeniem metody dostarczania do skóry kolagenu bądź elastyny. To sposób na wyeliminowanie na przykład zmarszczek bądź trądziku.


– Kobiety, ale nie tylko kobiety, szaleją! A rynek jest właściwie nieograniczony.

Piotr Rojda: – Tak, potencjalnie to jest gigantyczny rynek, z miliardami klientów. W przyszłym roku powinniśmy już zobaczyć pierwsze wyniki stosowania metody Krystal Biotech w medycynie estetycznej.


– Jak Pan ocenia szanse spółki na rynku kosmetycznym?

Bartosz Wawrzynów: – Wielka wartość metody Krystal Biotech polega moim zdaniem na tym, że został wybrany i przetestowany skuteczny i co najważniejsze niegroźny dla organizmu wektor dostarczania genu (genów) do skóry. To daje bardzo dużo przestrzeni i wielkie możliwości manewru. Do tej pory terapie sterydowe, hormonalne lub białkowe wykorzystujące kremy wcierane w skórę – i mające poprawić jej elastyczność, kolor, regenerację – były skuteczne w granicach 3-5%, przy czym ich długotrwałe stosowanie w niektórych przypadkach dawało bardzo niepożądane skutki. Tymczasem Krystal Biotech potencjalnie ma dobre, skuteczne narzędzie dostarczające do jądra skóry genu, które może być eksploatowane w ograniczonym czasie.

Dla przemysłu estetycznego ma to kapitalne znaczenie, bo co to za krem, który zastosujemy raz i on będzie skuteczny przez dwadzieścia lat? Kosmetologia musi być cykliczna – musi zwerbować klientów i utrzymać ich przez długi czas. Krystal Biotech wydaje się był blisko tego modelu biznesowego. Ale na ile to będzie skuteczne zależy od wielu czynników. Technologia jest dobra, dobrze rokuje, ale to jednak inny case study. Nie mówimy tu o rzadkiej (sierocej) chorobie skóry, wobec której prawni regulatorzy – tacy jak amerykański Urząd ds. Żywności i Leków (Food and Drug Administration – FDA), czy Europejska Agencja Leków (EMA) – mają odpowiednio przygotowane szybkie ścieżki ułatwiające wprowadzenia leku/preparatu na rynek. Mówimy o innej lidze – wymogów, obostrzeń, jak i odpowiedzialności etyczno-prawnej producenta przyszłej linii preparatów spowalniających procesy starzenia naskórka. Niemniej jednak Krystal Biotech nie stoi w miejscu i wszystko wskazuje na to, że na razie są na dobrej pozycji startowej.


– Zastanawia mnie dlaczego takie piękne hollywoodzkie historie ciągle dzieją się w Ameryce, dlaczego one nie mogą się wydarzyć nad Wisłą.

Piotr Rojda: – W Stanach Zjednoczonych istnieją mechanizmy, które pozwalają się bratać nauce z biznesem i zdolność tego rynku do przekładania nauki na biznes jest absolutnie niezrównana. Wyjątkowa w skali całego świata.

Bartosz Wawrzynów: – Piotr ma rację. Wszystko opiera się na zaufaniu, wymianie wiedzy i know-how. Krystal Biotech był obecny na większości ważnych konferencji naukowych, chwalił się swoimi wynikami, bez większego skrępowania prezentował kolejne etapy prac nad nową terapią. Co uzyskał? Interakcję środowiska naukowego i biznesowego. Sam też wykorzystywał wnioski z badań prowadzonych w najlepszych amerykańskich ośrodkach naukowych, między innymi w Stanfordzie. Amerykański system akademicki bardzo do tego zachęca, a wręcz taką współpracę prowokuje.

Swój udział w sukcesie Krystal Biotech mają też dwa wspomniane już uniwersytety w Pittsburghu. Dzięki temu, że miasto położyło duży nacisk na rozwój tych uniwersytetów, dzięki całej gigantycznej transformacji miasta, udało się tam sprowadzić ludzi bardzo utalentowanych, kreatywnych, którzy na dodatek są otwarci na współpracę z prywatnymi podmiotami. Kolejny powód to nastawienie amerykańskich spółek technologicznych. Ono jest inne niż w Polsce, czy mówiąc szerzej w Europie, gdzie królują tak zwane granto-spółki, czyli firmy nastawione na pozyskiwanie środków publicznych i trwanie. W Ameryce technologiczne start-upy są inaczej finansowane, mają konkretny cel i do tego celu z determinacją dążą.


– A nie tkwią w ciepełku grantów…

Bartosz Wawrzynów: – W Stanach Zjednoczonych otwarcie mówi się, że naukowców w tym kraju jest zbyt dużo. Więc tam obowiązuje inna filozofia – nie chodzi o to, aby każdy absolwent studiów doktoranckich stworzył własną grupę badawczą i coś tam, długimi latami, za publiczne pieniądze „dłubał”. O ile u nas, mam na myśli nie tylko Polskę, ale też Europę, doktorat jest celem, to w Stanach Zjednoczonych jest tylko narzędziem. To wszystko jest kwestią kinetyki i przykład Krystal Biotech dobrze to pokazuje – ta spółka powstała, bo miała konkretny cel i uzyskała wsparcie, aby pędzić. My, niestety, cały czas wspieramy trucht, a czasem mam wrażenie, że trucht w miejscu.


Rozmawiał Piotr Gajdziński

Ring Caspara: Kryzys energetyczny zmieni świat

Kryzys energetyczny

Z Błażejem Bogdziewiczem, dyrektorem inwestycyjnym w Grupie Caspar i Piotrem Przedwojskim, doradcą inwestycyjnym, o kryzysie energetycznym, wielkiej iluzji o życiu opartym na odnawialnych źródłach energii oraz grożącym światu głodzie rozmawia Piotr Gajdziński.

– Niektórzy porównują obecny kryzys energetyczny do tego z początku lat siedemdziesiątych wywołanego podniesieniem cen ropy naftowej. Tamten kryzys zmienił świat. A obecny?

Piotr Przedwojski: – Moim zdaniem zasadnicza różnica między dzisiejszym kryzysem energetycznym, a tym co działo się w pół wieku temu polega na przyczynach, które legły u podstaw obu kryzysów. Wtedy po prostu producenci ropy naftowej z państw arabskich, w rękach których leżała połowa całego światowego wydobycia tego surowca stwierdzili, że skoro ropa jest tak ważna i nie można jej niczym zastąpić, to oni powinni więcej korzystać ze swojej pozycji. Dzisiaj mamy kompletnie inną sytuację. Doświadczyliśmy splotu kilku czynników, które wywołały kryzys na rynku. Jedną z nich, bardzo istotną, może najważniejszą, było dążenie istotnej części globalnego społeczeństwa do dekarbonizacji, czyli zaprzestania korzystania przy produkcji energii z kopalin. Do tego doszedł, jako rezultat polityki dekarbonizacyjnej, spadek inwestycji w wydobycie surowców energetycznych, co spowodowało, że poduszka bezpieczeństwa energetycznego stała się znacznie cieńsza. Na tyle cienka, że odbicie po pandemii i związane z tym zwiększenie zapotrzebowania na energię zachwiało całym systemem.

Błażej Bogdziewicz: – Są różnice, ale są też podobieństwa. Najważniejsze dotyczy popytu na surowce energetyczne, które zarówno na początku lat siedemdziesiątych, jak i obecnie jest bardzo duże. I będzie, bo energia jest niezbędna dla funkcjonowania gospodarki. To, że przez ponad sto ostatnich lat mieliśmy tak duży wzrost gospodarczy zawdzięczamy relatywnie taniej energii wytwarzanej najpierw z węgla, później ropy naftowej oraz gazu. Energia jest gospodarce niezbędna i będzie niezbędna zawsze, a popyt na nią będzie rósł. Coraz więcej urządzeń, z których codziennie korzystamy wymaga prądu, ale nie to jest najistotniejszym problemem. Pamiętajmy, że na świecie żyje coraz więcej ludzi, że w ostatnich kilku dziesięcioleciach dostępu do jak najtańszej energii domaga się coraz więcej państw rozwijających się, bo społeczeństwa tych krajów też dążą do zwiększenia konsumpcji, co wiąże się ze zwiększonym zapotrzebowaniem na energię. Obecnie, to dane z poprzedniego roku, 83% całej energii konsumowanej na świecie pochodzi z przerobu trzech surowców: węgla, ropy naftowej oraz gazu. Z uwagi na zmiany klimatyczne, postrzeganie tych źródeł jest negatywne i to było jednym z istotnych czynników ograniczenia inwestycji w ich wydobycie oraz przerób. Nagle okazało się, że tradycyjne źródła energii nie mają wystarczającej alternatywy. I mamy gigantyczny problem.


– Alternatywą jest energia wiatrowa, wodna i słoneczna.

Błażej Bogdziewicz: – Tyle że energia odnawialna globalnie nie odgrywa istotnej roli, choć w niektórych krajach, na przykład w Niemczech, jest bardzo istotna. Ale nie wygląda na to, aby w przeciągu najbliższych lat niemiecki przykład stał się zaraźliwy. Przede wszystkim dlatego, że produkcja energii ze źródeł odnawialnych jest w dużym stopniu nieprzewidywalna i oznacza konieczność jednoczesnego inwestowania w tradycyjną energetyką, na przykład opartą na gazie. Oznacza to wysokie koszty. Węgiel, ropa i gaz były do tej pory relatywnie tanie, a bardzo wielu krajów na świecie nie stać na podążanie śladem Niemiec.

Piotr Przedwojski: – Wydaje się, że wielu ludzi, wśród nich są także eksperci i politycy, błędnie oszacowało koszt dekarbonizacji gospodarki. Pomysł polegał na tym, że dzięki oszczędnościom na eksploatacji kopalin energetycznych uda się dużo zainwestować w źródła odnawialne i w efekcie będą one szybko rozwijane, szybko będzie rosła ich efektywność i energia odnawialna szybko zastąpi tradycyjną. Ostatnie wydarzenia pokazały, że to nieprawda. Moim zdaniem do wielu ludzi, w tym polityków i ich wyborców, musi to dopiero dotrzeć, bo większość z nich nadal nie rozumie, że ten pomysł był po prostu zły, bo był oderwany od rzeczywistości.

Błażej Bogdziewicz: – Naukowy magazyn „Nature” przedstawił niedawno symulację kosztów ograniczenia emisji dwutlenku węgla do atmosfery dla Stanów Zjednoczonych. Z tych wyliczeń wynika, że zmniejszenie emisji CO2 w granicach 50-60% będzie wprawdzie kosztowne, ale możliwe do udźwignięcia. Ograniczenie emisji o 100% będzie jednak dużo większym wzywaniem. Całkowite ograniczenie emisji dwutlenku węgla do 2050 roku kosztowałoby gospodarkę amerykańską 12% PKB rocznie. To oczywiście nierealne, bo oznaczałoby drastyczne ograniczenie wydatków na inne cele. Można próbować, ale wyborcy tego programu na pewno nie zaakceptują.

Piotr Przedwojski: – Jeśli mam być szczery, to wszystkie wyliczenia dotyczące zmian klimatycznych budzą moje poważne wątpliwości. W ogóle nie jestem pewien, że wpływ człowieka na te zmiany jest tak przemożny, jak się to obecnie przedstawia.

Błażej Bogdziewicz: – Mnie z kolei wydaje się, że jednak wpływ człowieka jest bardzo znaczący.

Piotr Przedwojski: – To są tylko prognozy!

Błażej Bogdziewicz: – I mogą być obarczone sporym marginesem błędu, ale jednak coś pokazują.


– Zostawmy klimat, choć w tym roku, a być może w kilku najbliższych latach, od temperatur będzie w dużym stopniu zależał przebieg kryzysu energetycznego. Porozmawiajmy o możliwych skutkach obecnego kryzysu.

Błażej Bogdziewicz: – Scenariusze są otwarte, ale można być pewnym, że będą poważne. Oczywiście w różnych krajach będzie różnie, bo niektóre państwa lepiej się do takiej sytuacji przygotowały, a inne zupełnie to zaniedbały, ale problem jest bez wątpienia globalny. Już teraz mamy do czynienia z wyłączaniem prądu w Chinach, gdzie dotyka to zarówno odbiorców indywidualnych, jak i przemysłu. A jeśli przemysłu, to będą opóźnienia w dostawach towarów, również tych sprzedawanych zagranicę. A przypomnę, że Chiny są największym światowym eksporterem. Idźmy dalej. Kilka dni temu poinformowano, że Indie mają zapasy węgla na zaledwie trzy dni, więc jeśli coś zakłóci rytm dostaw, to sytuacja poważnie się w tym kraju skomplikuje. Mamy też wyłączenia w Europie, doświadcza już tego Wielka Brytania, podobne incydenty miały miejsce w Irlandii. Na Starym Kontynencie bardzo dużo zależy od tego, czy w najbliższych miesiącach będą wiały wiatry, bo europejska energetyka sporo czerpie z elektrowni wiatrowych. Skutki będą dotyczyły gospodarki, ale będą też bardzo poważne skutki społeczne. Już widzimy, że firmy produkujące nawozy sztuczne ograniczają produkcję…

Piotr Przedwojski: – Do ich wytwarzania zużywa się ogromne ilości gazu. Cena gazu ma więc gigantyczny udział w kosztach produkcji.

Błażej Bogdziewicz: – Właśnie, a ograniczenie produkcji nawozów oznacza zmniejszenie produkcji żywności, co z kolei oznacza niższe plony, co z kolei skutkuje wzrostem cen. W biedniejszych państwach może to oznaczać nawet głód, a więc rewolucje.


– Historia uczy, że najgorsze, najbardziej krwawe są właśnie rewolucje pustego żołądka. Miejmy nadzieję, że do tak czarnego scenariusza jednak nie dojdzie.

Błażej Bogdziewicz: – Miejmy nadzieję, ale norweski koncern Yara, jeden z największych na świecie producentów nawozów sztucznych, już przedstawił analizy, że bezpieczeństwo żywieniowe na świecie będzie ze względu na braki nawozów zagrożone. Piotr słusznie zwrócił uwagę, że cena gazu ma kapitalne znaczenie dla produkcji nawozów, a ona biła ostatnio historyczne rekordy. Obliczono, w przeliczeniu na wartość energetyczną, że baryłka gazu kosztowała w pewnym momencie 300 dolarów, podczas gdy cena baryłki ropy oscylowała wokół 80 dolarów.


– Energia odnawialna jest znacznie tańsza.

Błażej Bogdziewicz: – Ale jest nieprzewidywalna, czy raczej należałoby powiedzieć niestabilna. System energetyczny żadnego kraju nie może funkcjonować wyłącznie w oparciu o energetykę odnawialną. To po prostu wynika z dostępnych dzisiaj technologii.

Piotr Przedwojski: – Podstawowy kłopot polega na tym, że nie potrafimy magazynować energii ze źródeł odnawialnych. I mam wrażenie, że ten stan rzeczy szybko się nie zmieni. Na opanowanie nowych technologii w tym zakresie potrzeba najpewniej kilkudziesięciu lat. Nie sądzę, że energia odnawialna jest znacznie tańsza.

Błażej Bogdziewicz: – Między innymi z tego powodu mamy powrót do elektrowni atomowych. Po katastrofie japońskiej Fukushimy w marcu 2011 roku wiele państw ogłosiło, że zamknie swoje elektrownie atomowe. To podejście diametralnie się ostatnio zmieniło. Wiele krajów ogłosiło, że stawia na energetykę atomową, między innymi Francja, Wielka Brytania, Finlandia, Czechy i Polska, a poza Europą oczywiście Stany Zjednoczone i nawet Japonia, gdzie poinformowano o ponownym uruchamianiu elektrowni atomowych zamkniętych po katastrofie Fukushimy i budowie nowych. Tylko że elektrowni atomowych nie stawia się w rok czy dwa, zajmuje to około piętnastu lat. My budowę takiej elektrowni ogłosiliśmy bodaj w 2010 roku, a jak na razie nie wbito w ziemię nawet pierwszej łopaty.

Piotr Przedwojski: – Tymczasem Niemcy zamierzają w grudniu tego roku zamknąć trzy swoje elektrownie atomowe o łącznej mocy 4 gigawatów. To dużo. Cały polski system energetyczny to około 30 gigawatów.


– Pytanie, czy w obecnej sytuacji się na to zdecydują.

Błażej Bogdziewicz: – Moim zdaniem tak. W krótkiej perspektywie Europa nie będzie miała żadnej alternatywy dla gazu Putina. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Pozycja Rosji jeszcze nigdy nie była tak mocna. Powiedzmy sobie szczerze, dzisiaj Putin może po prostu wyłączyć europejską gospodarkę. Dlatego Unia Europejska pójdzie na bardzo duże ustępstwa wobec Kremla.

Piotr Przedwojski: – Nawiasem mówiąc cała obecna sytuacja wyjaśnia dlaczego Niemcy tak stanowczo obstają przy Nord Stream 2. Jeśli Berlin mnóstwo swego kapitału politycznego zainwestował w energetykę odnawialną, to Niemcy po prostu muszą mieć alternatywę dla tego niestabilnego źródła energii. To, przypomnę jeszcze raz, wynika z dostępnych dzisiaj technologii. A alternatywą w wypadku Niemiec jest wyłącznie stały dostęp do gazu. Ten mogą mieć w praktyce wyłącznie z Rosji.

Błażej Bogdziewicz: – Już dzisiaj widać, a to się będzie pogłębiało, że kryzys energetyczny dramatycznie zmieni sytuację polityczną na świecie. Gwałtownie rośnie znaczenie Rosji, Chiny importują węgiel ze Stanów Zjednoczonych oraz z Australii, na którą jeszcze niedawno nałożyły sankcje… I to jest odpowiedź na Twoje pierwsze pytanie – tak, ten kryzys gruntownie zmieni świat.


– Jakiś czas temu, gdy zaczęły się pojawiać pierwsze zwiastuny kryzysu energetycznego, Grupa Caspar zmieniła swoją politykę inwestycyjną. Zaczęliście inwestować w tradycyjną energetykę.

Błażej Bogdziewicz: – Tak, choć zgodnie z naszą filozofią bardzo selektywnie, wyszukując dobre i dobrze rokujące na przyszłość spółki z tego obszaru. Naszym zdaniem problem niedoboru energii szybko się nie skończy, potrwa wiele lat, zwłaszcza jeśli Unia Europejska i świat będą kontynuowały politykę ograniczania emisji dwutlenku węgla do atmosfery. A moim zdaniem będą, bo to konieczność. Pytanie tylko w jakim tempie. Chcemy więc tę sytuację wykorzystać dla dobra naszych klientów.

Piotr Przedwojski: – Podzielam pogląd, że ta sytuacja potrwa wiele lat, że wbrew optymistom kryzys energetyczny nie zakończy się wiosną przyszłego roku. Świat uległ iluzji, i karmił się nią przez wiele lat, że można zrezygnować z kopalin. To nieprawda. Być może kiedyś tak będzie, ale nim do tego dojdziemy, w rzekach upłynie bardzo wiele wody.


Rozmawiał Piotr Gajdziński

Na wojnie w cyberprzestrzeni można dobrze zarobić – Ring Caspara październik 2021

hakerzy

Z Błażejem Bogdziewiczem, dyrektorem inwestycyjnym Grupy Caspar oraz Krzysztofem Kaźmierczakiem, analitykiem Caspar Asset Management SA o inwestowaniu w spółki zajmujące się cyberbezpieczeństwem, atakach hakerskich i okupach płaconych przestępcom rozmawia Piotr Gajdziński.

– Awaria Facebooka z początku października br., choć nie była wynikiem ataku hakerskiego, to jednak mocniej niż kiedykolwiek wcześniej zwróciła uwagę na bezpieczeństwo w internecie. Fundusze Caspar TFI SA od wielu lat inwestują w spółki zajmujące się cyberbezpieczeństwem. To z punktu widzenia inwestora dobry kierunek?

Krzysztof Kaźmierczak: – Jeśli za miarę przyjąć wzrost cen akcji, to znakomity. Najlepsza nasza inwestycja w tym sektorze to kupno akcji amerykańskiej spółki Zscaler. Od momentu pierwszej inwestycji w drugiej połowie 2019 roku cena akcji skoczyła o około 500% procent. Nie jest to oczywiście jedyna nasza inwestycja w ten sektor.

Błażej Bogdziewicz: – Trzeba powiedzieć, że to jest trudny rynek, ale rozwija się niezwykle dynamicznie. Ten dynamizm widać w rosnących cenach akcji, wielkości obrotów spółek zajmujących się cyberbezpieczeństwem, ale również szybkiej jego ewolucji. Jeszcze kilka lat temu spółki z tego sektora skupiały się na tworzeniu programów popularnie określanych jako „antywirusowe”. Od tego czasu sytuacja dramatycznie się zmieniła, bo tradycyjne wirusy odgrywają coraz mniejszą rolę. Coraz groźniejsze są natomiast ataki hakerskie wymierzone w firmy i instytucje publiczne w celu wymuszenia okupu. Ten przestępczy „biznes” rośnie niezwykle szybko i raczej nie widać oznak, że miałby się skończyć. Przeciwnie.

Krzysztof Kaźmierczak: – Często, bardzo często, są to ataki celowane. Bardzo precyzyjnie zorganizowane, wymierzone nie w przypadkowych adresatów, ale w wyselekcjonowaną firmę lub instytucję. Bardzo głośnym przypadkiem był przeprowadzony w maju tego roku atak na Colonial Pipeline…


– Czyli największego amerykańskiego operatora rurociągów, który dostarcza 45% paliw na wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych.

Krzysztof Kaźmierczak: – Hakerzy całkowicie sparaliżowali firmę, a w efekcie dostawy paliw. Długi paraliż groził między innymi brakami na stacjach benzynowych, ale uderzyłby oczywiście również w energetykę. Z tego co wiadomo, Colonial Pipeline zapłacił wysoki okup, ale tym razem jednej z agencji federalnych udało się namierzyć przynajmniej część grupy hakerskiej i odzyskać część pieniędzy. Przypadek Colonial Pipeline to jeszcze jeden dowód, nie pierwszy, ani nie ostatni, że infrastruktura krytyczna w Stanach Zjednoczonych, ale tak jest właściwie na całym świecie, jest podatna na ataki hackerskie, bo jest słabo zabezpieczona. A hakerzy nie mają żadnych hamulców. Niedawno celem ich ataku, udanego ataku, był system publicznej służby zdrowia w Irlandii. Takie ataki zawsze wywołują ogromne straty, a jak świadczy ten ostatni przykład – mogą być także zagrożeniem dla ludzkiego życia.


– O jakich kwota mówimy? Ile trzeba zapłacić, aby napastnicy odwołali atak i sytuacja wróciła do normy?

Krzysztof Kaźmierczak: – Kwoty nie są ujawniane, aby nie zachęcać naśladowców, ale na rynku mówi się, że największy zapłacony okup wyniósł kilkadziesiąt milionów dolarów. Dobrą ilustracją potęgi hakerskiego biznesu może być raport Organizacji Narodów Zjednoczonych, w którym stwierdzono, że grupa hakerska działająca pod skrzydłami władz Korei Północnej w ciągu kilku lat zarobiła dla tego komunistycznego reżimu 2 miliardy dolarów. Według ONZ, pieniądze zostały przeznaczone na zbrojenia, w tym na sfinansowanie programu atomowego i programu budowy rakiet balistycznych. Z kolei według Chainanalysis, w 2020 roku firmy zapłaciły hakerom okup o łącznej wartości blisko 350 mln dolarów.

Błażej Bogdziewicz: – Mogło być więcej. Jedną z przyczyn, dla których tak do końca nie znamy wielkości hakerskiego „biznesu” jest to, że wiele trudniących się tym grup znajduje się na liście organizacji terrorystycznych, więc oczywiście firmy nie mogą im płacić okupu. Ale płacą, tyle, że korzystają z pośredników. Wielu rozmówców z amerykańskich firm zajmujących się cyberbezpieczeństwem podkreślało, że hakerskie organizacje są znakomicie przygotowane. Nie chodzi tylko o to, że zatrudniają świetnych informatyków, bo to oczywiste, ale również na przykład profesjonalnych negocjatorów. Znany jest przypadek jednej z takich organizacji, która po zainkasowaniu okupu grzecznie podziękowała i już za darmo udzieliła profesjonalnych rad co firma powinna poprawić w swojej infrastrukturze informatycznej, aby oszczędzić sobie kolejnego ataku hakerskiego.


– Współczesny Arsen Lupin, „złodziej dżentelmen”. Ale to nie jest temat do kpin, ataki hakerskie stają się jednym z największych zagrożeń współczesności.

Krzysztof Kaźmierczak: – Jeszcze nie tak dawno atak hakerski oznaczał z reguły, że przestępcy wykradali jakieś dane, na przykład dane klientów bądź kart kredytowych. To oczywiście było kłopotliwe, mogło uderzyć w wizerunek i konkurencyjność firmy. Ale dzisiaj ma to zupełnie inny wymiar, bo paraliżuje działalność całego podmiotu, a jak już mówiliśmy przywołując przykład ataku na służbę zdrowia w Irlandii, naraża również ludzkie życie.

Błażej Bogdziewicz: – Nie chodzi nawet o to, że atak blokuje lekarzom dostęp do historii choroby pacjentów, że konieczne jest odwołanie operacji. Chodzi przede wszystkim o to, że coraz częściej sprzęt medyczny korzysta z zasobów sieciowych. Inwestujemy w nowoczesne technologie i coraz bardziej się od nich uzależniamy, ale one są niestety podatne na cyberataki.


– Jak świat się przed tym broni?

Błażej Bogdziewicz: – Niestety, nadal niewystarczająco. Ale jest szereg spółek, które oferują najnowocześniejsze oprogramowanie z zakresu bezpieczeństwa i pozwalają jeśli nie wyeliminować całkowicie, to znacząco ograniczyć ryzyka. Coraz więcej firm wprowadza zasadę „nikomu nie można ufać”, bo każdy, dosłownie każdy, może być hakerem lub sam haker może się podszywać pod absolutnie niewinnego użytkownika. Dotyczy to również pracowników. Znane są przypadki, że organizacje hakerskie przekupywały pracowników oferując im bardzo wysokie wynagrodzenie. To oznacza, że wyspecjalizowane, bardzo nowoczesne oprogramowanie to tylko jedna tarcza. Drugą musi być normalna ochrona kontrwywiadowcza pracowników i eliminowanie tych, którzy stanowią zagrożenie. I coraz więcej firm zatrudnia specjalistów zajmujących się tego rodzaju ochroną. To trochę paranoiczne, ale niestety w takim świecie żyjemy.

Krzysztof Kaźmierczak: – Nowoczesne technologie umożliwiają prowadzenie działań na bardzo szeroką skalę, wcześniej niewyobrażalną. To wynika z automatyzacji procesów, dzięki którym można targetować bardzo wiele podmiotów. Wydaje się jednak, i tu zgadzam się z Błażejem, że często słabym ogniwem jest człowiek. Ale rośnie świadomość, że trzeba się chronić przed cyber-zagrożeniami. Według badawczo-analitycznej firmy Gartner, w tym roku światowe wydatki na cyberbezpieczeństwo sięgną 150,4 mld dolarów. To gigantyczna kwota, mniej więcej jedna czwarta polskiego PKB.

– Dodajmy, że 150 mld dolarów oznacza wzrost wydatków aż o 12,5% w stosunku do ubiegłego roku.

Krzysztof Kaźmierczak: – Patrząc dzisiaj na branżę cyberbezpieczeństwa trzeba powiedzieć, że nie bardzo widać przyczyny, dla których wydatki na ten cel miałyby się zmniejszyć. Wydaje się, że ten trend będzie stabilny, bo świat będzie absorbował coraz więcej nowoczesnych technologii i cały czas będzie narażony na cyberataki.

Błażej Bogdziewicz: – Kluczowe spółki sektora zajmującego się cyberbezpieczeństwem, które oferują najlepsze rozwiązania notują roczne wzrosty przychodów w granicach 50% rocznie. W porównaniu do firm zajmujących się tworzeniem „normalnego” oprogramowania, akcje spółek z sektora cyberbezpieczeństwa są bardzo drogie, ale rynek uważa, że w najbliższych latach ten biznes będzie się bardzo dynamicznie rozwijał. Trzeba też pamiętać, że tych najlepszych spółek tworzących najbardziej zaawansowane oprogramowanie jest na świecie niewiele. Kilka w Stanach Zjednoczonych, dwie w Izraelu. To też powoduje, że ceny ich akcji są tak wysokie.


-Kiedy Grupa Caspar zainteresowała się tym sektorem? I dlaczego, bo przecież ten wybór wcale nie był oczywisty.

Błażej Bogdziewicz: – Zaczęliśmy inwestować w spółki z rynku cyberbezpieczeństwa właściwie od początku naszej obecności na rynku amerykańskim. Dlaczego? Bo już wtedy uznaliśmy, że ten sektor będzie dynamicznie rósł. Życie pokazało, że to była trafna decyzja.

Krzysztof Kaźmierczak: – Koncentrujemy się na spółkach innowacyjnych, oferujących produkty w kilku obszarach cyberbezpieczeństwa. Są to między innymi firmy nastawione na ochronę konkretnych urządzeń (smartfon, komputer, serwer), albo na ochronę sieci. W przypadku tych ostatnich w ciągu kilku lat nastąpiły bardzo duże zmiany. Do niedawna w siedzibie firmy znajdowało się dobrze zabezpieczone centrum danych, w którym były zlokalizowane wszystkie serwery. Tamtędy musiał przechodzić cały ruch generowany przez pracowników. Teraz coraz więcej aplikacji przenosi się do chmury, pracownicy coraz częściej do wykonywania służbowych czynności wykorzystują prywatne urządzenia i robią to poza siedzibą swojej firmy. To zjawisko nasiliło się jeszcze podczas pandemii.

Błażej Bogdziewicz: – Co oczywiście w naturalny sposób zwiększa ryzyka.

Krzysztof Kaźmierczak: – Tak, bo pracownicy pracują poza firmową, chronioną siecią. Wszystko to spowodowało, że tradycyjne metody, te wszystkie firewalle, są już dalece nieefektywne w ochronie przed nowoczesnymi metodami hakerów.

Błażej Bogdziewicz: – “Firewalle” to były specjalne komputery, które dzięki specjalnemu oprogramowaniu filtrowały cały ruch. Dzisiaj ten sposób nie jest już wystarczająco efektywny i łatwo go obejść. Trzeba więc było zastąpić go czymś skuteczniejszym. Nie wdając się w szczegóły techniczne można powiedzieć, że współczesna ochrona polega na skanowaniu całego ruchu, który dopiero po tym trafia na odpowiedni serwer.

Krzysztof Kaźmierczak: – To skanowanie odbywa się niezależnie od tego, gdzie znajduje się użytkownik, czy pracuje w biurze, w domu, w delegacji bądź w podróży.


– Współczesne oprogramowanie z zakresu bezpieczeństwa wykorzystuje sztuczną inteligencję.

Błażej Bogdziewicz: – Tak, ona wyłapuje na przykład jakieś niestandardowe zachowania użytkownika.

– Jakie?

Błażej Bogdziewicz: – Najprostszy przykład: jest globalny koncern, a jeden z pracowników, który pracuje w Polsce, nagle loguje się do wewnętrznej sieci firmy z Bangladeszu o trzeciej nad ranem. Oczywiście to możliwe, może akurat odbywa podróż służbową do Azji. Jest to jednak zachowanie niestandardowe. Na tyle niestandardowe, że istnieje realne zagrożenie, że pod pracownika firmy podszywa się haker. System reaguje, wymusza dodatkową weryfikację, choćby za pomocą kodu przesłanego na jego telefon komórkowy. To najprostszy sposób wykorzystywania sztucznej inteligencji, bo oczywiście robi ona rzeczy dalece bardziej skomplikowane.

Krzysztof Kaźmierczak: – Kiedyś mieliśmy do czynienia z prostymi wirusami, które relatywnie proste programy antywirusowe potrafiły wykryć po tak zwanych sygnaturach. Czyli program antywirusowy rozpoznawał fragment kodu wirusa i go eliminował. W sytuacji, gdy wirusy są tworzone w sposób zautomatyzowany, praca człowieka okazuje się niewystarczająca. Do walki z takimi zagrożeniami musiała zostać wprzęgnięta sztuczna inteligencja.


– Mówimy przede wszystkim o biznesie, który musi się chronić przed cyberatakami. Ale przecież klientami spółek tworzących specjalistyczne oprogramowanie z zakresu bezpieczeństwa są również, a przynajmniej być powinny, instytucje publiczne. W roku 2016 hakerzy z Rosji ingerowali w wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, uważa się, że grupy hakerów działają na zlecenie Chin, Amerykanie wspólnie z Izraelem przeprowadzili też atak hackerski na irańskie instalacje do produkcji bomby atomowej…

Błażej Bogdziewicz: – Masz absolutnie rację, że instytucje publiczne muszą coraz częściej korzystać z usług firm zajmujących się cyberbezpieczeństwem. Na razie, jak się wydaje, są w tej dziedzinie opóźnione, ale jest wiele sygnałów świadczących, że rządy przynajmniej niektórych państw będą chciały to zmienić. Tak jest choćby w USA. Prezydent Biden pogroził ostatnio Chińczykom stwierdzając, że ataki hakerów na amerykańską infrastrukturę i amerykańskie firmy będą traktowane z całą powagą. A Amerykanie mają się czego bać, bo pytanie, czy dotychczasowe ataki to już kres możliwości organizacji hakerskich z Chin czy Rosji, czy to tylko testowanie sposobów ochrony.


– Jak to mawiano w Armii Czerwonej „rozpoznanie bojem”.

Błażej Bogdziewicz: – Właśnie, testowanie stopnia przygotowania na tego rodzaju wydarzenia. Jestem, niestety, pesymistą. Wydaje mi się, że dotychczasowe ataki nie pokazują jeszcze pełni możliwości najlepszych organizacji hakerskich. A koniecznie trzeba się do tego przygotować, bo jestem przekonany, że gdyby w najbliższych latach doszło do konfliktu zbrojnego, to jego integralną częścią będą intensywne działania w świecie cyfrowym. Choćby w zakresie paraliżu infrastruktury krytycznej.

Krzysztof Kaźmierczak: – Błażej ma rację mówiąc, że wiele rządów tę sprawę przespało. Niedawno w amerykańskich mediach ukazał się wywiad z człowiekiem, który odpowiadał za zmodernizowanie oprogramowania w Departamencie Obrony USA. Jego zdaniem, poziom cyberbezpieczeństwa w tych instytucjach jest niski, a urzędnicy zajmujący się tą problematyką kiepsko rozumieją wyzwania współczesności. Ale Stany Zjednoczone przynajmniej działają, w połowie roku prezydent Biden wydał dyrektywę nakazującą zmodernizowanie infrastruktury cyberbezpieczeństwa.


– To może oznaczać dalsze wzrosty cen akcji spółek, w które Grupa Caspar inwestuje. Zdradzicie coś z inwestycyjnej kuchni i powiecie, jak dokonujecie selekcji spółek z obszaru cyberbezpieczeństwa? Bo w tym wypadku selekcja wydaje mi się szczególnie trudna.

Błażej Bogdziewicz: – Jest bardzo trudna, ale mamy już w tym pewne doświadczenie, mamy swoją metodologię. Oczywiście zwracamy uwagę na wielkość sprzedaży i jej dynamikę , listę klientów, którzy wykorzystują produkty firm, dużo z nimi rozmawiamy.

Krzysztof Kaźmierczak: – Zwracamy też uwagę na certyfikaty. W Stanach Zjednoczonych obowiązuje zasada, że do szeregu zastosowań instytucje federalne mogą kupować wyłącznie produkty, które przejdą proces certyfikacji FedRAMP, więc to jest ważny wyznacznik kompetencji spółek z sektora cyberbezpieczeństwa.


– A tak z ciekawości, czy te spółki podobnie jak wiele z obszaru technologii informatycznej też zostały stworzone przez młodych ludzi, którzy rzucili studia i gdzieś w garażach, piwnicach lub strychach wzięli się za budowanie własnego biznesu?

Błażej Bogdziewicz: – Nie, tu był inny model. Jeśli chodzi o top tego sektora, to fundatorami spółek byli w większości dojrzali już biznesmeni, z wieloletnim doświadczeniem w branży. Jay Chaudhry stojący na czele spółki Zscaler ma dzisiaj 62 lata.

Krzysztof Kaźmierczak: – A jego firma powstała czternaście lat temu. Ale większość spółek ma krótszy „życiorys”, sięgający mniej więcej początków poprzedniej dekady.


Rozmawiał Piotr Gajdziński

Zastrzeżenia Prawne 

Materiał ma charakter wyłącznie reklamowy i informacyjny i nie powinien być wyłączną podstawą podejmowania jakichkolwiek decyzji inwestycyjnych. Materiał zaprezentowany na stronie pochodzi od naszego partnera Caspar Asset Management: zastrzeżenie prawne



Zobacz także:

Notowania funduszy

Notowania
funduszy

więcej >
Inwestuj online z pomocą Platformy Funduszy F-Trust

Platforma
Funduszy

więcej >
Raport miesięczny F-Trust to drugi etap naszego procesu analitycznego – obszerny materiał rozpoczynający się komentarzami stratega oraz analityka, opisujący sytuację na światowych rynkach oraz przedstawiający najważniejsze wydarzenia ekonomiczne miesiąca

Raport
miesięczny

więcej >
Facebook F-Trust

Facebook

więcej >

Świat wąskich gardeł – Ring Caspar TFI kwiecień 2021

Ring Caspara, Megatrendy

Błażej Bogdziewicz – zarządzający Caspar TFI – i Piotr Przedwojski – doradca inwestycyjny – rozmawiają o konsekwencjach wojny handlowej między Stanami Zjednoczonymi i Chinami dla właściciela warzywniaka w Pcimiu.

– Zapowiada się giełdowy debiut amerykańskiej spółki Impossible Foods, która wytwarza substytuty produktów mięsnych. Impossible Foods współpracuje między innymi z Burger Kingiem, a swoje produkty sprzedaje w 20 tysiącach miejsc. Kupilibyście akcje takiej spółki?

Błażej Bogdziewicz: – Od pewnego czasu przyglądamy się takim spółkom, zresztą jedna, o podobnym profilu działalności jak wspomniana przez Ciebie Impossible Foods, jest już notowana na amerykańskiej giełdzie. Poza tym wiele spółek spożywczych, choćby Nestle, też pracuje nad rozwojem produktów „mięsopodobnych” pochodzenia roślinnego, które – nawiasem mówiąc – niektórzy nazywają „fake meat”. Ten biznes od jakiegoś czasu cieszy się zainteresowaniem inwestorów, ale póki co spożycie, a co za tym idzie produkcja wyrobów „mięsopodobnych” jest na razie na świecie niewielka. W mojej ocenie to nisza, która ma wprawdzie szansę na rozwój, ale jednak długo jeszcze pozostanie tylko niszą.

Piotr Przedwojski: – Niedawno rozmawiałeś z jedną z takich spółek. Jak to wygląda pod względem kosztów?

Błażej Bogdziewicz: – Nie przytoczę teraz szczegółów, ale te produkty są istotnie droższe niż mięso. To wynika między innymi z tego, że do produkcji wyrobów „mięsopodobnych” pochodzenia roślinnego używa się dość zaawansowanych technologii biologicznych. Przewiduje się, że w niedalekim czasie wzrośnie ilość mięsa produkowanego w laboratoriach, co ma spowodować spadek tradycyjnej produkcji zwierzęcej. Sama technologia już jest, ale na razie produkcja mięsa w laboratoriach też jest bardzo droga.


– Skoro już jesteśmy przy Stanach Zjednoczonych. Jak oceniacie założenia planu Bidena? Ile to właściwie ma kosztować?

Błażej Bogdziewicz: – To kluczowe pytanie, bo padają różne liczby. Mówiło się, że plan rozbudowy amerykańskiej infrastruktury miał kosztować 2 biliony dolarów, ale gdy bliżej się temu przyjrzeć, to okazuje się, że w tym planie jest ukrytych wiele wydatków socjalnych, między innymi na budowę przedszkoli oraz domów starców. Klasyczną infrastrukturą nie sposób tego nazwać. Można się spodziewać, że na rozbudowę infrastruktury zostanie przeznaczona mniej więcej połowa z owych 2 bilionów dolarów.

Piotr Przedwojski: – Trudno to nazwać inwestycjami w przyszłość.

Błażej Bogdziewicz: – Bez wątpienia te wydatki „podkręcą” w tym roku wzrost gospodarczy w Stanach Zjednoczonych, pewnie będą też korzystnie działały w pierwszej połowie przyszłego roku. Natomiast później? Trudno na razie wyrokować, nie znamy szczegółów. Po ujawnieniu pierwszych założeń nabrałem dystansu do tego, co robi administracja Bidena, bo może się okazać, że ten scenariusz ma charakter inflacyjny. Wydatki socjalne trzeba będzie utrzymać, bo inaczej Biden będzie miał do czynienia z gwałtownym wzrostem niezadowolenia społecznego. A utrzymanie wydatków oznacza podniesienie podatków. Druga sprawa to potraktowanie po macoszemu przez nową administrację wydatków zbrojeniowych. Czy w obecnej sytuacji międzynarodowej największego wzrostu napięcia od początku lat osiemdziesiątych oszczędzanie na budżecie Pentagonu jest właściwe? Moim zdaniem to ryzykowny krok.

Tym bardziej ryzykowny, że Chiny cały czas intensywnie rozbudowują swoje siły zbrojne i kładą duży nacisk na technologie militarne. Z Rosją zamierzają stworzyć bazę na Księżycu, co oficjalnie jest oczywiście projektem naukowym, ale nie mam wątpliwości, że tak naprawdę jest projektem militarnym. A przestrzeń kosmiczna staje się kluczowa w zmaganiach wojskowych. Co będzie, gdy Chiny posiądą możliwość zestrzeliwania satelitów? Przecież od satelitów zależy dzisiaj funkcjonowanie świata i kto pierwszy będzie dysponował technologią ich zniszczenia, ten zyska gigantyczną przewagę. Wydaje się, że Pekin dzisiaj mocno na to stawia, a nie jestem pewien, czy Waszyngton na te wyzwania odpowiada.

Piotr Przedwojski: – Spodziewaliśmy się, mówiliśmy o tym w poprzednich Ringach Caspara, że administracja Bidena podniesie podatki. I to się dzieje, choć na razie to są tylko zapowiedzi, więc jeszcze tak do końca nie wiadomo, jaki będzie finał. Warto pamiętać, że Partia Demokratyczna dysponuje w Senacie przewagą zaledwie jednego głosu, a już wiadomo, że jeden z demokratycznych senatorów waha się, czy poprze projekt Białego Domu. Niebezpieczne jest to, że w planie Bidena jest sporo „kiełbasy wyborczej”, a poziom wydatków na inwestycje rozwojowe, nastawione na przyszłość, jest mniejszy niż się spodziewałem i niż zapowiadano. Zastanawiające, że rząd amerykański uznał, że będzie podejmował lepsze, bardziej racjonalne decyzje niż biznes na taką skalę.


– Och, Piotrze, w wielu krajach rządy doszły do tego wniosku. W Polsce też.

Piotr Przedwojski: – Po raz pierwszy od czasów Lyndona Johnsona amerykańskie społeczeństwo dało władzę politykom wdrażającym centralne planowanie na taką skalę.


Przekonaj się o naszym podejściu do Klientów. Zapisz się do newslettera, otrzymuj darmowe poradniki i raporty inwestycyjne


– Przejdźmy teraz do Chin. Alibaba, jeden z największych tamtejszych koncernów, musi zapłacić 2,75 mld dolarów kary za praktyki monopolistyczne. Alibaba podobno karała sprzedawców, którzy handlowali swoim towarem nie tylko na jej platformie, ale również u konkurencji. Czy nie wzrusza Was ta troska Pekinu o demonopolizację chińskiej gospodarki?

Błażej Bogdziewicz: – Nie można wykluczyć, że Alibaba wykorzystywała swoją pozycję monopolistyczną, bo giganci technologiczni, nie tylko chińscy, mają do tego predyspozycje i możliwości. Na pewno jednak w tej rozgrywce chodzi również o władzę. Moim zdaniem przypadek Jacka Ma, szefa Alibaby, jest tego dowodem. Przypomnę, że z krótką przerwą od kilku miesięcy Jack Ma „praktykuje kaligrafię”, co jest eufemizmem oznaczającym areszt domowy. Chińska Partia Komunistyczna wykorzystuje Alibabę, aby pokazać, kto rządzi, kto dyktuje warunki. Wiadomo, że chińscy komuniści jak nikt inny na świecie wiedzą, jak się prowadzi biznes i chiński biznes ma się słuchać, a nie wysforowywać się ponad władze. Warto tylko dodać, że po ogłoszeniu kary w wysokości 2,75 mld dolarów notowania spółki wzrosły, co oznacza, że rynek najpewniej spodziewał się bardziej dotkliwego uderzenia. Dla porządku dodam, że roczne obroty handlowe na platformie Alibaby sięgają 1 biliona dolarów.

Piotr Przedwojski: – Alibaba jest często porównywana z Amazonem, ale to podobieństwo jest bardzo powierzchowne. To raczej coś w rodzaju połączonego Amazona, Google’a oraz Apple’a. O tym, że jesteśmy świadkami jakiejś rozgrywki o władzę, świadczy fakt, że prezes Tencenta złożył niedawno publiczną samokrytykę, a szef Pinduoduo podał się do dymisji. Najwyraźniej Chińska Partia Komunistyczna doszła do wniosku, że technologiczni giganci stali się zbyt gigantyczni i na nowo próbuje uregulować ich status.


– Fabryka Volkswagena w podpoznańskiej Wrześni została zmuszona do zawieszenia produkcji, bo zabrakło jej półprzewodników. W ostatnich tygodniach takich przykładów było więcej. Dlaczego akurat w tej branży podaż nie nadąża za popytem?

Błażej Bogdziewicz: – Z produkcją półprzewodników jest dzisiaj olbrzymi problem i właściwie nie bardzo widać wyjście z sytuacji. Zapotrzebowanie na półprzewodniki gwałtownie na świecie rośnie, bo one są używane w coraz większej liczbie urządzeń. Tak wielkiej, że mam wrażenie, że za chwilę zostaną w nie wyposażane nawet puszki z piwem. Początkowo to były przede wszystkim komputery, później doszły telefony komórkowe, a teraz, w związku z postępującą automatyzacją, lista urządzeń, które nie mogą bez półprzewodników funkcjonować, jest właściwie nieskończona i cały czas rośnie.

Piotr Przedwojski: – Półprzewodniki są niezbędne do sterowania, a ono jest coraz bardziej wszechobecne.

Błażej Bogdziewicz: – Staliśmy się ofiarą postępu i od półprzewodników nie uciekniemy. Co więcej, potrzebne są coraz nowocześniejsze, coraz bardziej skomplikowane i ich produkcja także staje się coraz bardziej skomplikowana. Efekt? Dzisiaj jest na świecie zaledwie kilku, całkiem dosłownie kilku, producentów najnowocześniejszych półprzewodników i oni nie są w stanie zaspokoić zapotrzebowania.

Piotr Przedwojski: – Tych producentów można policzyć na palcach jednej ręki.

Błażej Bogdziewicz: – Absolutnym, niekwestionowanym liderem jest spółka Taiwan Semiconductor Manufacturing, która ma najnowocześniejszą na świecie fabrykę półprzewodników, zlokalizowaną rzecz jasna na Tajwanie. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że najnowocześniejsza ze wszystkich fabryk funkcjonujących dzisiaj na świecie znajduje się właśnie na Tajwanie. Jakiś czas temu Amerykanie wymogli na Taiwan Semiconductor Manufacturing budowę fabryki w Stanach Zjednoczonych, ale z oczywistych względów najnowocześniejsza jest zlokalizowana właśnie na Tajwanie.


– Te „oczywiste względy” to rzecz jasna obrona Tajwanu, na który od dziesiątków lat ostrzą sobie zęby Chińczycy. Chodzi o to, aby USA miały interes w obronie Tajwanu przed „chińskim smokiem”.

Błażej Bogdziewicz: – A mają, bo od tej jednej fabryki w ogromnym stopniu zależy dzisiaj funkcjonowanie całego świata.

Piotr Przedwojski: – Jest jeszcze gorzej! Drugim pod względem nowoczesności producentem półprzewodników jest Samsung. Jego fabryki są zlokalizowane w Korei Południowej, w zasięgu strzałów artylerii północnokoreańskiej. Tu też o lokalizacji fabryki zdecydowały „oczywiste względy”.

Błażej Bogdziewicz: – Tak, pierwszy jest Tajwan, drugi Samsung, który zresztą w ostatnich kilku latach poczynił bardzo znaczne postępy, ale nadal nie dorównuje Taiwan Semiconductor Manufacturing. Kolejny jest amerykański Intel. Ta firma z różnych powodów popadła w duże problemy i dzisiaj nie jest w stanie konkurować z liderami. To może się zmienić, bo administracja Bidena prawdopodobnie da Intelowi duży zastrzyk finansowy, co zresztą jest prawdopodobnie niezgodne z przepisami WTO, ale tym nikt się nie będzie przejmował, bo chodzi o bezpieczeństwo narodowe. Te pieniądze mają pozwolić Intelowi unowocześnić produkcję, ale wcale nie jestem pewien, czy im się to uda. Później są Chińczycy, których opóźnienie w produkcji półprzewodników szacuje się na ponad dziesięć lat.

Piotr Przedwojski: – Aby dopełnić obrazu tej branży dodam, że na świecie jest jeden lider produkujący maszyny do litografii, na których wytwarza się najnowocześniejsze, najbardziej zaawansowane półprzewodniki.

Błażej Bogdziewicz: – Tak, to holenderska spółka ASML, przed wielu laty wyłoniona z Philipsa. Ta spółka jest w praktyce globalnym monopolistą.

Piotr Przedwojski: – Zwróćmy uwagę, że trzy lata temu Donald Trump rozpoczął wojnę, a ona szybko przerodziła się w wojnę technologiczną. W tej wojnie Stany Zjednoczone mają nad Chinami kilkuletnią przewagę i Chiny w najbliższym czasie tego nie zmienią. Ta branża, która jeszcze niedawno była wyjątkowo globalna i tym samym efektywna, teraz przerąbała się na połowy. Zaczęło się dość niewinnie, od nałożenia przez Waszyngton sankcji na dostawy najnowocześniejszych półprzewodników dla ZTE (jednej z chińskich spółek), czego świat niemal nie zauważył.

Ale później przyszedł czas na Huawei, technologicznego kolosa, który kupował bardzo duże ilości półprzewodników. Gdy Huawei nie mógł kupować, globalni producenci postanowili obciąć plany inwestycyjne na wszelki wypadek i różnica między podażą a popytem zaczęła rosnąć. Innymi słowy wydaje się, że producenci ograniczyli inwestycje, do tego doszła pandemia z późniejszym nieoczekiwanym odbiciem popytu i dlatego teraz na świecie brakuje mocy produkcyjnych. Myślę jednak, że prapoczątkiem był nagły, nieoczekiwany wpływ wojny technologicznej, który podniósł ryzyko inwestowania w półprzewodniki. Dopiero teraz to się zmienia, jak widać w przypadku Intela i Chin z dużą pomocą państwową.

Błażej Bogdziewicz: – Niedawno rozmawiałem z przedstawicielem japońskiej firmy produkującej materiały wykorzystywane do produkcji półprzewodników. Firma jest w bardzo dobrej kondycji, z powodzeniem mogłaby zainwestować w rozwój, ale wyraźnie dało się wyczuć, że mój rozmówca podchodzi do tego ostrożnie. Boi się, że będą dalsze sankcje, a popyt globalny może rosnąć wolniej niż najbardziej optymistyczne prognozy i wówczas inwestycja w rozwój produkcji mogłaby zakończyć się stratami. Tymczasem istotnie większe inwestycje są konieczne nie tylko w przypadku producentów półprzewodników, ale także ich dostawców. Jednym z problemów, które można już dostrzec są zbyt niskie moce produkcyjne firm zajmujących się wytwarzaniem płytek krzemowych, które są podstawowym materiałem do produkcji półprzewodników. Tutaj też jest tylko kilku producentów.


– Zaczęliśmy od wstrzymania produkcji w fabryce we Wrześni, małym miasteczku w środku Wielkopolski…

Piotr Przedwojski: – Otóż to! Ta fabryka, jak dziesiątki innych, stała się ofiarą wojny handlowej między dwoma potężnymi mocarstwami. Więcej, stała się ofiarą globalnych zmian wynikających ze wzrostu znaczenia Chin.


– W konsekwencji ofiarą tych procesów będzie właściciel warzywniaka w Pcimiu, który planował zakup dostawczaka z Wrześni, teraz nieosiągalnego. To zaskakujące, ile współczesna, bardzo zglobalizowana gospodarka ma „wąskich gardeł”. Półprzewodniki, zablokowany Kanał Sueski, braki kontenerów… Wrócimy do tego.


Rozmawiał Piotr Gajdziński

Materiał zaprezentowany na stronie pochodzi od naszego partnera Caspar TFI.

FUNDUSZE CASPAR TFI W OFERCIE F-TRUST (DOSTĘPNE TAKŻE ONLINE NA PLATFORMIE FUNDUSZY):

Przefiltruj:

wybierz towarzystwa

klasa aktywów

podział geograficzny

wybierz sektory

Ryzyko 1
7

waluta funduszu

min. pierwsza wpłata

FILTRUJ
Nazwa funduszu
Klasa
aktywów

Klasa aktywów – wskazuje w jakie instrumenty finansowe inwestuje fundusz. W ramach funduszy mieszanych fundusz może inwestować w kilka klas aktywów jednocześnie.


Ryzyko

Ryzyko – Ocena ryzyka na podstawie danych dostępnych w kluczowych informacjach dla inwestorów danego funduszu. Wskaźnik ryzyka stanowi syntetyczną wartość odzwierciedlającą poziom ryzyka związany z inwestycją w dany fundusz bądź subfundusz. Może on przybierać wartości od 1 (najmniej ryzykowny) do 7 (najbardziej ryzykowny).


Sektor

Sektor – informacja wskazująca zaangażowanie funduszu/subfunduszu w instrumenty finansowe emitowane przez określone podmioty. Podział może dotyczyć sektorów w jakich działają przedsiębiorstwa (np. ochrona zdrowia), wielkości kapitalizacji firm (małe/średnie/duże). W przypadku, gdy fundusz/subfundusz inwestuje w szerokie spektrum instrumentów finansowych emitowanych przez spółki z różnych branż, o różnej kapitalizacji, wówczas mamy do czynienia z funduszem/subfunduszem uniwersalnym. Region – Informacja na temat geograficznego rozkładu spółek z portfela. Jeżeli fundusz inwestuje przekrojowo, nie precyzując jaki region geograficzny będzie przeważał w jego portfelu, wówczas opisujemy go jako „globalny”.

Podział
geograficzny

Informacja na temat geograficznego rozkładu spółek z portfela. Jeżeli fundusz inwestuje przekrojowo, nie precyzując jaki region geograficzny będzie przeważał w jego portfelu, wówczas opisujemy go jako „globalny”.

Wynik
Caspar Akcji Europejskich A Akcyjne 6 Uniwersalny Europejskie rynki rozwinięte -12.34%
2022-09-28
Szczegóły
Caspar Akcji Europejskich S Akcyjne 6 Uniwersalny Europejskie rynki rozwinięte -12.33%
2022-09-28
Szczegóły
Caspar Globalny Akcyjne 6 Uniwersalny Globalny -11.36%
2022-09-28
Szczegóły
Caspar Obligacji A Dłużne 3 Dłużne polskie skarbowe Polska +0.1%
2022-09-28
Szczegóły
Caspar Stabilny A Mieszane 4 Uniwersalny Globalny -4.28%
2022-09-28
Szczegóły
Caspar Stabilny S Mieszane 4 Uniwersalny Globalny -4.02%
2022-09-28
Szczegóły
TAGI: ring caspara,